Wracając do domu Caluma myślałem tylko o tym, że udało mi się wywołać uśmiech na jej twarzy.
Nie raz widziałem Viv jak chodzi po szkolnych korytarzach ze smutkiem w oczach...
Pewnego dnia, kilka miesięcy temu pojawiło się u mnie pragnienie, żeby zobaczyć w jej oczach szczęście.
W myślach pojawił się obraz z tamtej chwili:
Patrzyłem jak stoi przy barierkach, na moście nad autostradą. Wahała się czy zakończyć swoje życie skokiem a ja czekałem, gotów by zainterweniować w odpowiednim momencie.
Stała tam aż zaczął padać deszcz. Upadła na kolana i usłyszałem jej szloch... Ten widok łamał mi serce, ale nie chciałem się niepotrzebnie wtrącać. Nie chciałem jej spłoszyć, wystraszyć.
Nagle się podniosła i odeszła od krawędzi. Ruszyła w swoją stronę, nie wiedząc, że miała obserwatora...
Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu.
- Co jest? - Zapytałem włączając tryb głośnomówiący.
- Mike, kupisz chipsy po drodze? - Usłyszałem blagalny głos Ashtona.
- Pewnie. - Westchnąłem. - Nie miałeś się przypadkiem zacząć zdrowo odżywiać skoro zacząłeś chodzić na siłownię?
- Wielu rzeczy mogę odmówić, ale chipsy i pizza to świętość. - Odparł chłopak stanowczo i zakończył połączenie.
Kręcąc głową zjechałem w boczną uliczkę i skręciłem w stronę sklepu.
Niestety ulica okazała się zamknięta. Wszędzie było pełno ludzi, policji i straży pożarnej. Dopiero teraz zauważyłem, że powietrze jest gęste od dymu.
- Co się dzieje? - Zapytałem przez uchyloną szybę policjanta kierującego ruchem.
- Pożar w jednym ze sklepów, niestety, ale musi pan pojechać inną drogą. - Odparł facet znużonym głosem.
Westchnąłem zrezygnowany i zwróciłem.
Przekąskę dla Irwina kupiłem w jakiejś sieciówce po drodze.
- Stary, nareszcie! - Zawołał blondyn gdy przekroczyłem próg mieszkania. - Ile można na durne chipsy czekać?
Zaraz potem rzucił się na paczkę, którą trzymałem w rękach z dzikim zapałem.
- Umrzesz na chipsocholizm. - Stwierdził Calum patrząc w ekran telewizora i przeglądając kanały.
- Przynajmniej umrę robiąc to co kocham. - Prychnął Ash w odpowiedzi pokazując brunetowi język.
- Nie wierzę, że to on jest z nas najstarszy. - Westchnął Luke przeglądając coś w telefonie.
- Co to w ogóle była za akcja z Viv? - Zapytałem uwalając się obok niego na kanapie. Blondyn wyraźnie się zmieszał.
- Eee... - Zawahał się. - Chodzimy razem na chemię.
- Czemu żadne z was nie chce powiedzieć o co chodzi? - Zirytowałem się.
- Bo to nie twoja sprawa. - Odparł Hemmings delikatnie. - W swoim czasie pewnie się dowiesz.
- Ej, patrzcie na to. - Głos Hooda zwrócił naszą uwagę na telewizor, leciały wiadomości.
- Znamy twoją mamę, Calum. - Powiedział Irwin mając na myśli reporterkę pokazaną na ekranie.
- Posłuchaj o czym mówi, glonomóżczku. - Brunet się zirytował.
"Strażacy ugasili właśnie pożar, który strawił sklep muzyczny 《Estrada》. Niestety większość budynku nadaje się do rozbiórki a wyposażenie do wyrzucenia. Nieznane są dalej przyczyny katastrofy, wiadomo jedynie, że nikomu nic się nie stało."
- To tam pracuje Viv. - Stwierdził Ashton.
- Raczej pracowała. - Poprawił go Luke. - Z tego co powiedziała pani Hood wynika, że nie ma do czego wracać.
- Szkoda. - Irwin posmutniał. - To na serio był zajebisty sklep.
***
*Vivien POV*
- Zamknąłem sklep tak jak zawsze. - Tony opowiadał z trzęsącymi się rękoma. - Jak byłem w samochodzie to zobaczyłem dym. Nie mam pojęcia co się stało.
- Spałeś coś w ogóle? - Spytałam kładąc przed nim kubek z gorącą herbatą.
Od pożaru minęła jedna noc. Zaprosiłam do siebie Tony'ego wiedząc jak bardzo to przeżywa.
- Nie bardzo. - Odparł. - Cały czas myślę o minie mojego ojca. Jak na mnie spojrzał gdy się dowiedział... Cholernie go zawiodłem.
- Gdybym nie wyszła wcześniej może do niczego by nie doszło. - Powiedziałam cicho patrząc w swój kubek.
- Weź przestań. - Odparł stanowczo. - Jeszcze by ci się coś stało. Do czasu aż się nie dowiemy co się stało nie jest to niczyją winą.
- A jak się trzyma twój ojciec? - Zapytałam. Pan Terno jest dla mnie jak drugi ojciec, zawsze mnie wspierał i mi pomagał. Prowadził ten sklep od prawie czterdziestu lat...
- Do nikogo się nie odzywa. - Odparł Tony wypijając herbatę duszkiem. Kiedy przełknął dodał - Myślę, że powinnaś z nim pogadać. Zawsze poprawiałaś mu humor.
Poczułam dziwny ścisk w żołądku. Zawiodłam go, wyszłam wcześniej z pracy, powinnam tam być. Mogłam temu zaradzić...
- Przestań się obwiniać. - Chłopak poklepał mnie po ramieniu. - Twoja obecność nic by nie zmieniła.
- Dzięki. - Odparłam siląc się na uśmiech.
- Witaj Tony! - Do kuchni weszła moja mama. Ludzie zawsze mówili, że jesteśmy do siebie strasznie podobne.
W chwilach takich jak ta, gdy obie byłyśmy nie umalowane i ledwo ogarnięte, w pełni się z tym zgadzałam. Obie miałyśmy blond włosy, bladą cerę i długi, wąski nos.
- Dzień dobry, pani Martin. - Odpowiedział Tony z uroczym uśmiechem. - Podziwiam, że po nocy spędzonej w pracy wygląda pani tak dobrze o jedenastej godzinie.
Cały Terno. Uwielbia w ten sposób dogadzać kobietom. Jak widać nawet pożar nie strawił jego ochoty do flirtu. Gdy go poznałam wcale się tego nie spodziewałam, dopiero z czasem byłam w stanie do tego przywyknąć.
Moja mama wybuchnęła śmiechem.
- Dziękuję. - Odparła zaglądając do lodówki. - Nie ma mleka. - Mruknęła pod nosem.
- Będę się zbierać to Viv może mnie kawałek odprowadzić i wejść do sklepu. - Powiedział z uśmiechem Tony, patrząc w moją stronę.
- Dzięki! - Klepnęłam go w ramię z przesadnym oburzeniem. - Gdybyś nie był moim gościem kazałabym ci samemu lecieć.
- Nie musisz, jeśli ci się nie chce. - Wtrąciła się moja mama.
- Pójdę, ale dlatego, że i tak bym poszła, a nie dlatego, że mój przyjaciel jest dupkiem. - Powiedziałam z uśmiechem.
- Ej! - Oburzył się chłopak. - Dobrze wiedzieć, że jestem twoim przyjacielem.
- Oh, zamknij się Tony. - Zaśmiałam się. - I wychodzimy razem, bo byłabym się o mamę, gdyby została z tobą sama w pokoju.
Kiedy wyszliśmy przed dom spytałam:
- Czemu taki jesteś?
- Taki czyli jaki? - Zdziwił się.
- Sprzeczny. - Powiedziałam. - W jednej chwili trzęsą ci się ręce i martwisz się o ojca a w drugiej jesteś wyluzowany i podrywasz moją matkę. Co, nawiasem mówiąc, jest dziwne i lekko odrażające.
- To żarty były. - Zaśmiał się. - Nie gustuję w aż tak starszych.
- To nie jest odpowiedź na pytanie. - Zauważyłam.
- Nie wiem czemu. - Odparł wzruszając ramionami. - Po prostu nie potrafię się tak przejmować. Nie jestem tobą.
- Co znaczy "nie jestem tobą"? - Oburzyłam się.
- Nie obraź się skarbie, ale ty za dużo się przejmujesz. - Powiedział poważniejąc. - Głupoty rujnują twoje nerwy. A niepotrzebnie.
- To nie są głupoty! - Uniosłam ręce w geście irytacji.
- Są. - Zaśmiał się.
- To nie zmienia faktu, że bardziej mógłbyś się przejąć całą tą sytuacją. - Wróciłam na właściwy tor rozmowy.
- Przejmuję się wtedy kiedy trzeba. - Jego głos był obojętny. - Po co marnować nerwy?
- Bo to twój ojciec! - Oburzyłam się. Kompletnie nie rozumiałam myślenia Tony'ego.
- Twój praktycznie też. - Powiedział znowu wzruszając ramionami.
Czy on cokolwiek traktuje poważnie?
- Ty chyba tu skręcasz. - Zmienił temat wskazując na drzwi sklepu.
- Do zobaczenia, Tony. - Powiedziałam a on kiwnął mi głową i ruszył dalej z rękoma w kieszeniach.
Z cichym westchnieniem rezygnacji weszłam do budynku. W szklanych drzwiach odbiła się przez chwilę moja sylwetka.
"Żebym tylko nikogo ważnego nie spotkała..." Jęknęłam w duchu ubolewając nad swoim wyglądem.
Znalazłam mleko i trzymając karton w ręce ruszyłam do kasy.
- Hej Viv! - Usłyszałam za moimi plecami i zdusiłam w sobie przekleństwo.
"Czemu akurat teraz?!"
- Hej Mike. - Zmusiłam się do uśmiechu odwracając się do chłopaka. Ubrany był w poplamione farbą spodnie i buty oraz w białą, za dużą koszulkę. Trochę mi uczyło, że nie ja jedyna nie wyglądam wyjściowo.
- Jak się trzymasz? - Zapytał z poważną miną. Niewątpliwie wiedział co się stało w sklepie muzycznym.
- Radzę sobie. - Odparłam starając się zabrzmieć obojętnie.
- 2,50. - Przywołał mnie głos kasjerki. Dałam jej wyliczone pieniądze.
- Zaczekasz? - Zapytał Clifford wskazując na swój koszyk z zakupami.
- Pewnie. - Uśmiechnęłam się.
- Na pewno wszystko w porządku? - Zapytał z troską w głosie gdy wyszliśmy ze sklepu. - Wyglądasz jakbyś niewiele spała.
- Po prostu niedawno wstałam. - Skłamałam gładko. - Chciałam ci podziękować. - Zmieniam lekko temat.
- Za co? - Zdziwił się.
- Uratowałeś tą gitarę. Kupując ją w tym tygodniu. Gdyby nie ty, spłonęłaby razem z resztą. - Powiedziałam z nieśmiałym uśmiechem. Wpadłam na to w nocy i, o dziwo, poprawiło mi to humor.
- Można tak na to patrzeć. - Zmieszał się.
"Jest taki uroczy, jak nie wie co powiedzieć." Pomyślałam i zaraz się zganiłam. Nie wolno mi tak myśleć...
Szliśmy w stronę mojego domu.
- Wiesz, ludzie mają różny styl ubioru, ale twój jest dosyć... wyjątkowy. - Zmieniłam temat z uśmiechem.
- Idę do pracy. - Zaśmiał się. - Pomagam w lekkich pracach remontowych, dzisiaj ostatni dzień.
- A te zakupy? - Spytałam patrząc na siatkę pełną wędlin i innych rzeczy tego typu. - Raczej nie wyglądają jak do pracy.
- Jeszcze po drodze muszę to zanieść do domu. - Odpowiedział kręcąc głową z rozbawieniem.
- Gdzie właściwie mieszkasz? - Spytałam.
- Na ulicy równoległej do twojej. - Powiedział wskazując uliczkę.
- Poważnie? - Zdziwiłam się. - Czemu do tej pory cię nie spotkałam?
- Spotkałaś. - Oklapł lekko.
"Jaka ja jestem głupia." Jęknęłam.
- Wybacz. - Powiedziałam jedynie, ze skruchą w głosie.
- Mam jeden warunek, na który musisz przestać, żebym ci przebaczył. - Powiedział podnosząc głowę.
- Jaki? - Zdziwiłam się.
- Gofry. - Powiedział z uśmiechem, patrząc na mnie, nie w swoje buty.
Kamień spadł mi z serca.
- Jestem za. - Uśmiechnęłam się. - Kiedy?
- Masz plany na jutrzejszy wieczór? - Spytał.
- Teraz już tak. - Odpowiedziałam wesoło.
- To jeszcze się odezwę w sprawie szczegółów. - Powiedział stając pod moimi drzwiami.
- W takim razie do usłyszenia. - Przytulił mnie na pożegnanie i weszłam do domu.
Przystanęłam przy drzwiach, żeby do kuchni wejść poważna i wzięłam dwa głębokie wdechy.
To niemożliwe jak łatwo przychodzi mu przywołanie mojego uśmiechu...
***
Stałam pod drzwiami domu Terno i od pięciu minut zbierałam się w sobie by zapukać. Co chwilę unosiłam rękę by zapukać i się wycofywałam z tego pomysłu.
Gdy miałam po raz kolejny odwrócić się by odejść wejście stanęło otworem.
- Vivien, czy te drzwi zrobiły ci coś złego? - Spytała pani Terno, Monica.
- Nie, jaa... - Zająknęłam się. - Ja tylko...
- Weź głęboki wdech i wejdź. - Uśmiechnęła się ciepło.
- Dziękuję. - Wydukałam.
Zrobiłam co poleciła i w tym momencie w korytarzu pojawił się właściciel domu.
- Vivien! Już zaczynałem się martwić. - Powiedział podając mi rękę.
- Przyszłam porozmawiać. - Powiedziałam zduszonym głosem.
- Domyślam się. - Jego głos był pusty, miną obojętna. - Chodźmy do salonu.
Usiadł w swoim fotelu a ja zajęłam miejsce naprzeciwko niego, na kanapie.
- To była nieszczelność rury gazowej. - Powiedział po chwili milczenia. - W kotłowni nastąpił wybuch i ogień rozprzestrzenił się szybko po wszystkich pomieszczeniach. Sklep mógł wybuchnąć w każdej chwili...
- Przykro mi. - Powiedziałam, nie wiedząc co mogę zrobić lub mówić, żeby nie pogarszać swojej sytuacji.
- Dlaczego ci przykro? - pan Terno wydawał się zdziwiony.
- Powinnam być w pracy do końca mojego etatu. - Bawiłam się nerwowo dłońmi.
- Przecież zawsze ci powtarzam, że jak musisz i Tony może cię zastąpić, to nie widzę w tym problemu. - Powiedział dalej lekko zdziwiony. - A w tym przypadku nawet się cieszę, że cię przy tym nie było.
- Nie masz mi za złe? - Tym razem to ja się zdziwiłam.
- Oczywiście, że nie. - Powiedział delikatnie. - Nie ma w tym ani krzty twojej winy.
- Dziękuję. - Uczucie ulgi wywołało mój szeroki uśmiech.
- Nie masz za co dziękować, dziecko! - Zaśmiał się Terno siadając obok mnie i obejmując mnie pocieszająco ramieniem. - Jedyne co musisz teraz zrobić to przygotować się do ciężkiej pracy.
- Jaki masz pan plan? - Zapytałam.
- Zobaczymy na ile pozwoli ubezpieczenie. - Odparł. - Ale remont na pewno. Dlatego przyda się każda para rąk. Jak znasz kogoś kto nie weźmie dużo za pomoc to chętnie cię wysłucham.
W tym momencie, zawitała mi w głowie pewna myśl...
~.~
Witam! :D
Jak się podobało? Co się nie podobało? Jakie minusy i plusy? Jestem spragniona opinii :D
Miłego wieczoru/dnia/nocy i do napisania ♡
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz