niedziela, 15 lutego 2015

Szósty.

- Dziękuję, dziękuję! - Powiedziałam w jego ramię, gdy odwzajemnił uścisk.
- Do usług. - Odparł zduszonym głosem.
Opadłam z powrotem na krzesło z lekkim rumieńcem. Chyba zareagowałam zbyt żywiołowo.
- Musi ci bardzo zależeć na tym sklepie. - Powiedział po chwili milczenia.
- To dla mnie drugi dom. - Potaknęłam przypominając sobie o deserze.
- Kiedy zaczynamy? - Dopytywał.
- Jak znajdziemy jeszcze jednego do pomocy. - Odparłam żując gofra.
- A macie kandydata? - Spytał poważniejąc.
- Nie, a co? - Zdziwiłam się.
- Bo mam w takim razie propozycję. - Uśmiechnął się zadziornie.

***

- Viv, wróć na ziemię! - Głos Sylwii przebił się do mojej podświadomości.
Siedziałyśmy na matematyce a ja lekko przysypiałam.
- Coś ty w nocy robiła? - Spytała szeptem.
- Próbowałam napisać muzykę, gapiłam się w sufit i siedziałam na Twitterze. - Odparłam zgodnie z prawdą.
- A spanie? - Prychnęła moja przyjaciółka.
- Spanie jest dla słabych. - Odparłam z uśmiechem.
- Że ja jestem słaba? - Szturchnęła mnie ramieniem ze śmiechem.
- Ja tego nie powiedziałam. - Powiedziałam szczerząc się jak głupi do sera.
- Czy ja wam przeszkadzam? - Przed naszą ławką pojawiła się profesorka.
- My na temat zadania rozmawiamy. - Powiedziała Sylvia z uroczym uśmiechem.
- To w takim razie rozwieję twoje wszelkie wątpliwości przy tablicy. - Odparła kobieta wręczając jej kredę.
Moja przyjaciółka jęknęła, ale posłusznie wstała z krzesła i powlokła się we wskazanym kierunku.
- Psst! Martin! - Usłyszałam szept za moimi plecami. Obserwując nauczycielkę kątem oka, odwróciłam się delikatnie.
- Czego chcesz Ronnie? - Odszepnęłam.
- Pogadasz ze mną w końcu? - Uśmiechnął się uwodzicielsko.
- Nie. - Powiedziałam twardo i znowu usiadłam przodem do tablicy ignorując nawoływania chłopaka.
- Ale za co właściwie jesteś obrażona? - Usłyszałam i prychnęłam w odpowiedzi. Ma tupet...
W tej chwili zadzwonił dzwonek. Sylvia wróciła do ławki z uśmiechem na twarzy, profesorka nie zdążyła jej długo pomęczyć.
- Sara Lande mnie dzisiaj pytała co jest między tobą a Cliffordem. - Powiedziała gdy szłyśmy w kierunku jej szafki.
- A co ona ma do tego? - Zdziwiłam się.
- Zazdrosna jest. - Usłyszałyśmy za naszymi plecami rozbawiony głos.
- Michael! Nie ładnie tak podsłuchiwać. - Zganiłam go powstrzymując uśmiech. - Fajna koszulka. - Dodałam patrząc na nadruk z napisem "Bez tej koszulki też nieźle wyglądam".
- Dzięki. - Uśmiech chłopaka się poszerzył. - Chcesz się przekonać? - Poruszył zabawnie brwiami.
- Ekhm. - Calum stojący obok Micheala odchrząknął. Nie zauważyłam go wcześniej a stał obok Clifforda...
- Hej Cal. - Uśmiechnęłam się modląc się by rumieniec, który zakwitł na moich policzkach nie był zbyt mocny. - Sylvia to Calum, Calum to Sylvia. - Przedstawiam ich sobie.
- Miło mi. - Mruknął podając jej rękę.
- Calum jest chętny do pomocy w sklepie. - Mike się wyszczerzył.
- Na prawdę? - Ucieszyłam się. - Dziękuję!
- W sumie to to nie taka czysta pomoc. - Powiedziała Sylvia.
- Co masz na myśli? - Zdziwił się Hood.
- No, - Zawahała się. - W końcu macie zamiar im zapłacić...
- Nie wspomniałam o tym? - Zmieszałam się.
- Nie, ale nie mamy nic przeciwko do takiej opcji. - Uśmiechał się brunet i dostał z łokcia od Clifforda. - No co?! - Oburzył się.
- Jesteście w trudnej sytuacji, nie chcielibyśmy... - Zaczął, ale mu przerwałam.
- Nawet nie kończ. - Zaśmiałam się. - Nie ma mowy, żebyście nie dostali wypłaty takiej na jaką zasłużycie.
- Nie będziemy się kłócić. Prawda kucyku? - Spytał Calum patrząc znacząco na swojego przyjaciela.
Ten spojrzał na mnie a potem na Hooda i westchnął.
- Pewnie. - Wysilił się na uśmiech.
- Jeszcze raz dziękuję, wam obu. - Powiedziałam i zadzwonił dzwonek. - Do zobaczenia!
Kiedy weszłam do klasy chemicznej nauczycielki nie było. To w jej stylu spóźniać się na lekcje tak z piętnaście minut. Postanowiłam to wykorzystać i podeszłam do Hemmingsa, który siedział na brzegu grupki gadających ze sobą osób.
- Emm... Luke? - Zaczęłam nieśmiało i mniej więcej sześć par oczu zwróciło się w moją stronę. Blondyn spojrzał na mnie bez wyrazu. - Możemy pogadać?
Wzruszył ramionami i wstał z krzesła.
Odeszliśmy kawałek od towarzystwa, które niezręcznie zamilkło na mój widok.
- Musimy się zabrać za to zadanie z chemii... - Zaczęłam.
- Ja zbiorę informacje, które ci prześlę a ty zrobisz z tego coś co ma sens, może być? - Przerwał mi, patrząc się na coś za mną.
Zaskoczył mnie. Przez chwilę gapiłam się na niego w ciszy.
- Wiem, że za mną nieprzepadasz, więc lepiej będzie jak zrobimy to idiotyczne zadanie na odległość. - Dodał znowu wzruszając ramionami.
- Ja... - Zaczęłam nie bardzo wiedząc co chcę powiedzieć, ale przerwała mi pani Colson, która w końcu raczyła się zjawić.
- Na miejsca! - Powiedziała ostro i Hemmings opuścił mnie bez pożegnania.
- Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. - Zaśmiała się Carmen gdy usiadłam w ławce. -  Co jest?
- Jak sama do tego dojdę, to ci powiem. - Odwzajemniłam uśmiech, na siłę.
Nie wiem czemu tak mnie zdziwiła propozycja Luka. W końcu nie powinnam narzekać. Ale coś mi nie grało...
- Może chodzi o twoją ambicję? - Zasugerowała Sylvia gdy wracaliśmy do domu.
- To jest dobre! - Podchwycił Daniel. - On odwali większość roboty za ciebie. A ty nie jesteś przyzwyczajona do takich sytuacji.
- Nie to miałam na myśli, jełopie. - Zganiła go moja przyjaciółka urażonym tonem. - Jakbyś mi nie przerywał, byłabym wdzięczna.
- Wyczuwam za dużo ironii w twoim głosie. - Odparł przesadnie machając ręką jakby był jednym z tych "dziewczęcych" gejów. - Zachowujesz się jak ignorantka.
- Jakbym była ignorantką to nie próbowałabym pomoc Viv! - Oburzyła się. - To ty...
- Wystarczy! - Przerwałam im ze śmiechem. - Możecie mi w końcu powiedzieć co chodzi?
- Samolub! - Powiedzieli jednocześnie i wybuchneli śmiechem.
- A tak na serio - Sylvia spoważniała. - To myślę, że chodzi o to, że nie spodziewałaś się, że twoja niechęć do Hemmingsa jest odwzajemniana. Uraził cię.
Zaśmiałam się.
- Chyba żartujesz. - Powiedziałam. - Zwisa mi co Luke sobie o mnie myśli.
- Ale Michael już nie. - Wtrącił Daniel. - A w końcu są przyjaciółmi.
- Jeszcze mi powiedzcie, że mam się do niego teraz przymilać. - Powiedziałam zirytowana. - Nie ma mowy.
- Viv... - Zaczęła Sylvia. - Nikt ci nie karze się z nim przyjaźnić. Ale moglibyście sobie wyjaśnić parę spraw.
Spojrzałam na przyjaciela siedzącego na tylnym siedzeniu szukając wsparcia, ale on kiwał głową zgadzając się ze słowami brunetki.
- Nie wierzę. - Mruknęłam zła. - Myślałam, że mnie wspieracie.
- Kochanie, wiesz, że zawsze... - Zaczął Daniel, ale mu przerwałam wykorzystując fakt, że właśnie stanęliśmy po moim domem.
- Darujcie sobie. - Warknęłam. - Idźcie do swojego Lukeyka, uroczego blondaska.
Wysiadłam z samochodu trzaskając drzwiami. Ignorując moich "przyjaciół", którzy nawoływali mnie z wnętrza pojazdu weszłam do swojego mieszkania.
- Vivien! - Zawołała mnie mama gdy tylko zamknęłam drzwi. - Idziesz dzisiaj do pracy?
- Tak, mamy dzisiaj zrobić zakupy bo jutro zaczynamy remont. - Powiedziałam wchodząc do kuchni gdzie przy piecyku stała moja rodzicielka. - A co?
- Dawno nie oglądałyśmy razem żadnego filmu. - Powiedziała mieszając coś w garnku. - A myślałam, że przez pożar będziesz miała chociaż kilka dni wolnych, to byśmy nadrobiły.
- W weekend nadrobimy. - Obiecałam.
- W weekend jadę na szkolenie, nie pamiętasz? - Zrobiła zmartwioną minę.
- To w następny. - Powiedziałam bawiąc się końcówkami włosów. Wiedziałam, że i tak nigdy nie dojdzie do "wieczorku filmowego". Zawsze kończyło się tylko na gadaniu.
Starała się, zawsze się starała, tylko szkoda, że nigdy nam nie wychodziło...
Obiad zjadłyśmy w ciszy.
Godzinę później byłam pod sklepem z asortymentem potrzebnym do remontów. Stukałam nerwowo butem o krawężnik co chwila patrząc na zegarek w telefonie. Był spóźniony...
- Hej! - Usłyszałam za moimi plecami. W moim kierunku zmierzała czwórka chłopaków z niebieskowłosym na czele. - Wybacz spóźnienie, ale Ashton miał problemy z autem.
- Raczej ze swoją grubą dupą. - Mruknął Hood za co oberwał z łokcia od blondyna.
- W porządku... - Powiedziałam lekko dziwiona. Myślałam, że czekam tylko na Clifforda. - Bez urazy chłopaki, ale co wy tu robicie?
- Mówiłaś, że szukacie jeszcze pary rąk do roboty. To załatwiłem ci trzy! - Powiedział Michael z dumą w głosie.
- Ale... - Chciałam zacząć, ale przerwał mi Irwin.
- I nie chcemy zapłaty! - Szczerzył  się. - W sensie, że ja i Luke. Bo się doczepiliśmy z własnej woli.
Hemmings wyglądał, jakby miał zamiar zaprotestować, ale się powstrzymał. Byłam wdzięczna.
- Dobra. - Byliśmy już do tyłu z czasem, a ja bardzo nie lubiłam się spóźniać. - Idziemy, mamy sporo roboty.
Weszliśmy wszyscy do sklepu i ruszyliśmy w stronę działu z farbami.
- A ten twój kolega z pracy nie pomaga? - Spytał Hood gdy krążyłam między półkami.
- Sprząta w sklepie. - Odparłam krótko będąc w swoim świecie. - Ej, nie wiem który kolor. Pan Terno dał mi wolną rękę.
Gdybym wiedziała jak to się skończy nigdy nie zadałabym tego pytania.
Po chwili zwykłej wymiany zdań wybuchła kłótnia.
- U mnie w pokoju jest niebieski bo to kolor spokoju, przyda się! - Obstawał przy swoim Calum zakładając ręce pod boki i unosząc wysoko podbródek.
- To jest sklep muzyczny, dzieciaku, nie kraina smurfów. - Ashton popukał się w czoło. - Tu się przyda nastrojowości trochę, dlatego czerwony.
- To dopiero idiotyzm! - Mike zaśmiał się szyderczo. - Lepiej brązowy, taki jaki był.
Stali w trójkę kłócąc się jak dzieci a ja przez chwilę patrzyłam na to z otwartą buzią. Potem wzięłam z półki pierwszą lepszą farbę i uciszyłam chłopaków.
- Każdy bierze puszkę tego - Uniosłam w górę przedmiot. - i idziemy do kasy.
Spuścili głowy jak obrażone dzieci, ale zrobili to co kazałam.
- Wiesz, że oni tak z każdą rzeczą? - Zapytał ze złośliwym uśmiechem Hemmings.
Westchnęłam cicho. To będzie ciężki okres...

~.~

Witam, witam! :D

Na początek chciałam bardzo bardzo podziękować! To już ponad 1000 wyświetleń ❤ Niesamowicie się cieszę, że są osoby, które czytają i, być może, doceniają moje wypociny :D

A jak się podobał rozdział? Jak myślicie, kim jest Ronnie? Jak się ułożą wszystkie sprawy? :D

piątek, 13 lutego 2015

Piąty.

Nacięcia były na udach.
Bo nie chciałam, żeby ktoś widział... Obrazowały mój, wewnętrzny ból.
Nie wiem czemu przerzuciłam się na nadgarstki. Może pragnęłam, żeby w końcu ktoś zauważył?
Byłam tak bardzo samotna... Ludzie otaczali mnie ze wszystkich stron, ale tak na prawdę nie miałam nikogo.
Wraz z odejściem ojca doszło do mnie, że jestem też niechciana. To bolało.
Gdyby nie poznanie Sylwii i Daniela, oraz pomoc mojej siostry pewnie doszłoby do ostateczności. Oni wprowadzili mnie na dobre tory, pokazali radość w życiu i dali ciepło.
Mimo to, nie usunęli ze mnie całej ciemności. Resztki cienia zasiedliły  się w mojej głowie i czasem nie dają mi spokoju...
*
Obudziłam się z krzykiem. Byłam zlana potem i zdyszana jak po ciężkim biegu.
Gdy dotarło do mnie, że jestem w swoim łóżku a nie na moście nad autostradą i że to był tylko sen postarałam się uspokoić.
Zegrek na telefonie wskazywał godzinę drugą nad ranem. Jęknęłam opadając na poduszki.
Zamknęłam oczy i od razu je otworzyłam.
Jedno jest pewne, dzisiaj nie zasnę.
Reszte nocy przesiedziałam w salonie z pudełkiem lodów patrząc w telewizor, ale nic w nim nie widząc.
W myślach siedział mi mój ojciec i moja depresja. Pewna sytuacja nie dawała mi spokoju...
Punktem kulminacyjnym tego okresu w moim życiu było moje wyjście na most w celu odebrania sobie życia. Okazało się, że jestem zbyt wielkim tchórzem by to zrobić. Wróciłam do domu cała przemoczona i zmarznięta z mętlikiem w głowie.
Następnego dnia byłam już u psychologa. Siostra mnie zaprowadziła, nawet nie musiała używać siły.
I dzisiaj jestem tutaj. Za rok kończę szkołę, nie mam planów ma życie a noce spędzam z pudełkiem lodów.
Po co to wszystko było? Do niczego nie doprowadziło...
"Skończ." upomniałam się. "Nie daj się pochłonąć czarnym myślom."
Odłożyłam lody i wyłączyłam telewizor.
"Co by tu zrobić, żeby nie zwariować?" Myślałam gorączkowo.
Sięgnęłam po telefon i wybrałam dobrze znany mi numer.
- Daniel? Śpisz? - Spytałam głupio do słuchawki. "Jest trzecia nad ranem. Na pewno teraz spełnia swoje marzenia zostania słynnym kompozytorem i daje jakiś wykład na uniwersytecie."
- Nie, nie śpię. - Powiedział gburowato. - Oglądam powieki od spodu, bardzo interesujące zajęcie, powinnaś spróbować. - Ziewnął przeciągle.
- Wybacz. - Powiedziałam ze skruchą. - Nie mogę spać.
- Viv, masz prawie osiemnaście lat, nie uważasz, że powinnaś sama sobie z tym poradzić? - Był zirytowany.
- Przepraszam. - Odpowiedziałam cicho. - Nie przeszkadzam dłużej. Śpij dalej.
- Dzięki za twą łaskę. - Mruknął i rozłączył się.
Westchnęłam głęboko. Do Sylwii nawet nie próbowałam dzwonić, wiedziałam, że nawet nie odbierze.
Weszłam do swojego pokoju i zapaliłam światło. Zrezygnowana opadłam na łóżko. Powinnam się czymś zająć, ale czym...?
Wpadłam na pewnien pomysł.
Szybko wstałam i znalazłam jakiś zeszyt z pustą kartką. Długopis.
Czemu w tym bajzlu na biurku nie ma żadnego pisadła?
W końcu znalazłam jakiś poobgryzany ołówek, który o dziwo był naostrzony i zaczęłam pisać:
"Alone at last, we can sit and fight
And I've lost all faith in this blurring light
But stay right here we can change our plight
We're storming through this despite what's right..."
Pisałam nawet nie do końca zdając sobie sprawę z tego co robię. Kiedy skończyłam spojrzałam na kartkę.
" One final fight, for this tonight
Woah
With knives and pens we made our plight
Lay your heart down the ends in sight
Conscience begs for you to do what's right
Everyday it's still the same dull knife
Stab it through and justify your pride
One final fight, for this tonight
Woah
With knives and pens we made our plight
Woah
And I can't go on without your love, you lost, you never held on
We tried out best...
Turn out the light..."*
Piosenka. Wyszła z tego piosenka, nie da się ukryć.
Poczułam zmęczenie. I spokój.
Niewiele myśląc położyłam się do łóżka i niedługo potem zasnęłam.
*
Siedziałam na blacie i jadłam kanapki z szynką przeglądając Twittera gdy przyszedł sms:

Od: Mike
14 pasuje? Podejdę pod Ciebie :)

Odpisałam, że nie ma problemu i dalej siedziałam, tylko już z uśmiechem na ustach.
-Co jest takiego zabawnego? - Spytała moja mama wchodząc do kuchni z ręcznikiem na włosach.
- Jakiś żart przeczytałam. - Skłamałam nie chcąc się zbędnie tłumaczyć.
Zaraz po śniadaniu siadłam do lekcji. Nie żebym była jakoś bardzo ambitna, ale na pewno nie chciałam skończyć pod mostem. W każdym bądź razie wysiłku w naukę trochę wkładałam i liczyłam na odrobinę szczęścia.
Podręcznik z chemii leżał na biurku i straszył mnie Super Zadaniem.
Będę musiała pogadać z tą łajzą Hemmingsem, przeboleć jedno spotkanie z nim i zrobić to co należy...
Nim się obejrzałam była juz 12. Przykry obowiązek spojrzenia w lustro zbliżał się wielkimi krokami.
Po ciężkiej nocy wyglądałam jak zombie.
Godzinę później byłam już gotowa do wyjścia, ale wcale nie zadowolona ze stanu rzeczy. Ale chyba nigdy nie dojdzie do sytuacji, że będę usatysfakcjonowana widokiem w lustrze...
Odganiając przykre myśli chwyciłam w rękę zeszyt, w którym wczoraj zapisałam piosenkę.
Podobał mi się. Tylko co z muzyką...
Zawsze miałam ten problem. Jak już napisałam coś co miało sens, nie potrafiłam znaleźć odpowiedniego dopełnienia...
No więc kolejną godzinę spędziłam nad zeszytem oraz komputerem, w którym otwarty był odpowiedni program i próbowałam stworzyć coś co miało sens. Nerwowo przeczesywałam włosy rękoma, przygryzałam wargę, kreśliłam na kartkach papieru, jęczałam i przeklinałam, ale nic z tego nie wychodziło. Usłyszałam ciche pukanie.
- Wejść! - Krzyknęłam, myśląc, że to mama chce mnie uspokoić.
Do pokoju wszedł Michael. Z typowym dla siebie niebieskim nieogarnięciem na głowie, koszulce bez ramiączek i szortach do kolan.
- Co ty tu robisz? - Zapytałam zdziwiona.
- Byliśmy umówieni, twoja mam mnie wpuściła. - Powiedział zmieszana.
- Ale dopiero o czternaste... - urwałam gdy spojrzałam na zegarek, była 14;10. - Wybacz, straciłam poczucie czasu. Daj mi jeszcze chwilkę i czuj się jak u siebie!
Powiedziałam i szybkim krokiem poszłam do łazienki. Ogarnęłam swoje włosy, tusz do rzęs, który znalazł się na powiekach i wzięłam głęboki oddech.
Kiedy weszłam do swojego pokoju Mike oglądał właśnie bałagan na moim łóżku.
- Jeszcze raz przepraszam... - Zaczęłam, ale mi przerwał z uśmiechem.
- Nie ma sprawy. Komponujesz? - Spytał wskazując na rzeczy.
- Raczej tylko się staram, nie bardzo mi wychodzi. - Westchnęłam a on wziął w ręce zeszyt z tekstem.
- To jest dobre. - Powiedział poważnie.
- Tylko nie ma muzyki. - Zaśmiałam się. - To idziemy na te gofry? - Starałam się zmienić temat.
- Pewnie. - Znowu się uśmiechnął. - Panie przodem. - Powiedział puszczając mnie w drzwiach.
W drodze do wyjścia nie spotkaliśmy mojej mamy, za co byłam bardzo wdzięczna. Chociaż i tak nie uniknę pytań typu: Kim on dla ciebie jest? Można mu ufać? Chcę go bliżej poznać!
Na dworze było strasznie gorąco, zbliża się pora upałów a to oznacza moje błagania o klimatyzację i spędzanie większości wolnego czasu na plaży, nad orzeźwiającą wodą.
- Surfujesz? - Zapytałam mimochodem.
- Ja nie bardzo, ale Luke to bardzo lubi. - Odparł wzruszając ramionami. - Ja tam wolę posiedzieć w domu niż smażyć się bez sensu na plaży.
- A jak długo się znacie z chłopakami? - Zmieniłam temat bo ten o siedzeniu w domu niezbyt przyjemnie mi się kojarzył.
- Z Calumem i Lukiem chyba od zawsze. Ash jest taką czarną owcą, bo jest z nami od jakiś dwóch lat, czy coś koło tego. - Zaśmiał się. - Ty kumplujesz się z Tucsonem, prawda?
- Daniel jest genialnym człowiekiem. - Zaczęłam gotowa go bronić. Często był wyśmiewany i krytykowany przez swój sposób bycia...
- W to nie wątpię. - Uśmiechnął się ciepło. - Po prostu pytam o twoich przyjaciół. Chcę się czegoś o tobie dowiedzieć.
- W takim razie - Zaczęłam. - Daniel i Sylvia, to moi przyjaciele.
- Sylvia? - Dopytał.
- Wiolonczelistka, wysoka i chuda, ciemne włosy...
- A, wiem! - Zaśmiał się. - Ta od Caluma. 
- Caluma? - Zdziwiłam się.
- Nie ważne. - Wycofał się szybko z niepewną miną. - A gofry jakie lubisz?
Doszliśmy do budki z przekąskami.
- Bita śmietana i karmel. - Uśmiechnęłam się.
- Dwa razy. - Powiedział do kobiety w środku.
- Ale bomba kaloryczna. - Westchnęłam widząc jak nakłada duuużooo bitej śmietany.
- Na wagę chyba nie narzekasz? - Spytał Mike unosząc jedną brew.
- Czy to ważne? - Wzruszyłam ramionami i zmieniłam temat. - Twój gofer już jest.
- A nie gofr? - Zaśmiał się.
- To twój będzie gofr a mój gofer. - Stwierdziłam. - Przyjaciele aż do śmierci!
Powiedziałam poważnie unosząc mojego wafla jak do toastu.
- Pełna zgoda. - Zaśmiał się również unosząc swojego.
Ruszyła w kierunku stojącego obok stolika, ale nie zauważyłam stopnia, tuż pod moimi stopami. Nagle poczułam brak oparcia pod nogami i moja twarz znalazła się w bitej śmietanie.
Za swoimi plecami usłyszałam nieopanowany wybuch śmiechu.
- Kurwa! - Jęknęłam odruchowo wybierając śmietanę z oczu. Cała zawartość deseru na mojej twarzy!
- Wszy... Wszystko okey? - Zapytał Clifford próbując opanować śmiech.
- A czy wygląda jakby było okey? - Warknęłam, ale na widok jego miny wybuchnęłam śmiechem. Wyglądał jakby zaraz miał się posikać z ubawy.
- Ja ci dam, wyśmiewać się z niezdolności innych! - Z chytrym uśmiechem podeszłam do niego i zanim zdążył się zorientować co planuję podniosłam jego rękę i wpakowałam leżącego na niej gofra w jego twarz.
- Ej! - Jęknął. - Nie wiesz, że zemsta nie popłaca?
- Widok twojej miny jest bezcenny. - Zaśmiałam się i chwilę potem staliśmy przy budce z goframi, cali ubrudzeni bitą śmietaną i śmiejąc się jakbyśmy byli upośledzeni.
Kiedy w końcu się opanowaliśmy i ogarnęliśmy z pomocą wody mineralnej i serwetek usiedliśmy przy stoliku wcinając same wafle.
- Pamiętasz jak wspominałeś, że pomagasz w remoncie? - Zaczęłam chcąc wprowadzić mój genialny plan z zeszłego dnia w życie.
- Dzisiaj skończyłem. - Pokiwał głową patrząc na mnie z zainteresowaniem.
- A nie chciałbyś nowej? - Zapytałam nieśmiało. - Planujemy wyremontować sklep i potrzebujemy rąk do pracy.
Po chwili milczenia podniosłam na niego wzrok. Wyglądał na zamyślonego.
- To tylko propozycja... - Zaczęłam, ale mi przerwał:
- Dla ciebie wszystko. - Uśmiechnął się uroczo a ja zapiszczałam jak mała dziewczynka i przytuliłam go mocno.
- Dziękuję, dziękuję! - Powiedziałam w jego ramię gdy odwzajemnił uścisk.

~.~

*Fragment piosenki Knives and Pens - Black Veil Brides, wykorzystany jako twórczość Viv :p

Czytasz - zostaw komentarz :D

Dziękuję za wszystkie gwiazdki i komentarze, nawet nie wiecie jak poprawia mi to humor! :D

piątek, 6 lutego 2015

Czwarty.

Wracając do domu Caluma myślałem tylko o tym, że udało mi się wywołać uśmiech na jej twarzy.
Nie raz widziałem Viv jak chodzi po szkolnych korytarzach ze smutkiem w oczach...
Pewnego dnia, kilka miesięcy temu pojawiło się u mnie pragnienie, żeby zobaczyć w jej oczach szczęście.
W myślach pojawił się obraz z tamtej chwili:
Patrzyłem jak stoi przy barierkach, na moście nad autostradą. Wahała się czy zakończyć swoje życie skokiem a ja czekałem, gotów by zainterweniować w odpowiednim momencie.
Stała tam aż zaczął padać deszcz. Upadła na kolana i usłyszałem jej szloch... Ten widok łamał mi serce, ale nie chciałem się niepotrzebnie wtrącać. Nie chciałem jej spłoszyć, wystraszyć.
Nagle się podniosła i odeszła od krawędzi. Ruszyła w swoją stronę, nie wiedząc, że miała obserwatora...
Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu.
- Co jest? - Zapytałem włączając tryb głośnomówiący.
- Mike, kupisz chipsy po drodze? - Usłyszałem blagalny głos Ashtona.
- Pewnie. - Westchnąłem. - Nie miałeś się przypadkiem zacząć zdrowo odżywiać skoro zacząłeś chodzić na siłownię?
- Wielu rzeczy mogę odmówić, ale chipsy i pizza to świętość. - Odparł chłopak stanowczo i zakończył połączenie.
Kręcąc głową zjechałem w boczną uliczkę i skręciłem w stronę sklepu.
Niestety ulica okazała się zamknięta. Wszędzie było pełno ludzi, policji i straży pożarnej. Dopiero teraz zauważyłem, że powietrze jest gęste od dymu.
- Co się dzieje? - Zapytałem przez uchyloną szybę policjanta kierującego ruchem.
- Pożar w jednym ze sklepów, niestety, ale musi pan pojechać inną drogą. - Odparł facet znużonym głosem.
Westchnąłem zrezygnowany i zwróciłem.
Przekąskę dla Irwina kupiłem w jakiejś sieciówce po drodze.
- Stary, nareszcie! - Zawołał blondyn gdy przekroczyłem próg mieszkania. - Ile można na durne chipsy czekać?
Zaraz potem rzucił się na paczkę, którą trzymałem w rękach z dzikim zapałem.
- Umrzesz na chipsocholizm. - Stwierdził Calum patrząc w ekran telewizora i przeglądając kanały.
- Przynajmniej umrę robiąc to co kocham. - Prychnął Ash w odpowiedzi pokazując brunetowi język.
- Nie wierzę, że to on jest z nas najstarszy. - Westchnął Luke przeglądając coś w telefonie.
- Co to w ogóle była za akcja z Viv? - Zapytałem uwalając się obok niego na kanapie. Blondyn wyraźnie się zmieszał.
- Eee... - Zawahał się. - Chodzimy razem na chemię.
- Czemu żadne z was nie chce powiedzieć o co chodzi? - Zirytowałem się.
- Bo to nie twoja sprawa. - Odparł Hemmings delikatnie. - W swoim czasie pewnie się dowiesz.
- Ej, patrzcie na to. - Głos Hooda zwrócił naszą uwagę na telewizor, leciały wiadomości.
- Znamy twoją mamę, Calum. - Powiedział Irwin mając na myśli reporterkę pokazaną na ekranie.
- Posłuchaj o czym mówi, glonomóżczku. - Brunet się zirytował.
"Strażacy ugasili właśnie pożar, który strawił sklep muzyczny 《Estrada》. Niestety większość budynku nadaje się do rozbiórki a wyposażenie do wyrzucenia. Nieznane są dalej przyczyny katastrofy, wiadomo jedynie, że nikomu nic się nie stało."
- To tam pracuje Viv. - Stwierdził Ashton.
- Raczej pracowała. - Poprawił go Luke. - Z tego co powiedziała pani Hood wynika, że nie ma do czego wracać.
- Szkoda. - Irwin posmutniał. - To na serio był zajebisty sklep.
***
*Vivien POV*
- Zamknąłem sklep tak jak zawsze. - Tony opowiadał z trzęsącymi się rękoma. - Jak byłem w samochodzie to zobaczyłem dym. Nie mam pojęcia co się stało.
- Spałeś coś w ogóle? - Spytałam kładąc przed nim kubek z gorącą herbatą.
Od pożaru minęła jedna noc. Zaprosiłam do siebie Tony'ego wiedząc jak bardzo to przeżywa.
- Nie bardzo. - Odparł. - Cały czas myślę o minie mojego ojca. Jak na mnie spojrzał gdy się dowiedział... Cholernie go zawiodłem.
- Gdybym nie wyszła wcześniej może do niczego by nie doszło. - Powiedziałam cicho patrząc w swój kubek.
- Weź przestań. - Odparł stanowczo. - Jeszcze by ci się coś stało. Do czasu aż się nie dowiemy co się stało nie jest to niczyją winą.
- A jak się trzyma twój ojciec? - Zapytałam. Pan Terno jest dla mnie jak drugi ojciec, zawsze mnie wspierał i mi pomagał. Prowadził ten sklep od prawie czterdziestu lat...
- Do nikogo się nie odzywa. - Odparł Tony wypijając herbatę duszkiem. Kiedy przełknął dodał - Myślę, że powinnaś z nim pogadać. Zawsze poprawiałaś mu humor.
Poczułam dziwny ścisk w żołądku. Zawiodłam go, wyszłam wcześniej z pracy, powinnam tam być. Mogłam temu zaradzić...
- Przestań się obwiniać. - Chłopak poklepał mnie po ramieniu. - Twoja obecność nic by nie zmieniła.
- Dzięki. - Odparłam siląc się na uśmiech.
- Witaj Tony! - Do kuchni weszła moja mama. Ludzie zawsze mówili, że jesteśmy do siebie strasznie podobne.
W chwilach takich jak ta, gdy obie byłyśmy nie umalowane i ledwo ogarnięte, w pełni się z tym zgadzałam. Obie miałyśmy blond włosy, bladą cerę i długi, wąski nos.
- Dzień dobry, pani Martin. - Odpowiedział Tony z uroczym uśmiechem. - Podziwiam, że po nocy spędzonej w pracy wygląda pani tak dobrze o jedenastej godzinie.
Cały Terno. Uwielbia w ten sposób dogadzać kobietom. Jak widać nawet pożar nie strawił jego ochoty do flirtu. Gdy go poznałam wcale się tego nie spodziewałam, dopiero z czasem byłam w stanie do tego przywyknąć.
Moja mama wybuchnęła śmiechem.
- Dziękuję. - Odparła zaglądając do lodówki. - Nie ma mleka. - Mruknęła pod nosem.
- Będę się zbierać to Viv może mnie kawałek odprowadzić i wejść do sklepu. - Powiedział z uśmiechem Tony, patrząc w moją stronę.
- Dzięki!  - Klepnęłam go w ramię z przesadnym oburzeniem. - Gdybyś nie był moim gościem kazałabym ci samemu lecieć.
- Nie musisz, jeśli ci się nie chce. - Wtrąciła się moja mama.
- Pójdę, ale dlatego, że i tak bym poszła, a nie dlatego, że mój przyjaciel jest dupkiem. - Powiedziałam z uśmiechem.
- Ej! - Oburzył się chłopak. - Dobrze wiedzieć, że jestem twoim przyjacielem.
- Oh, zamknij się Tony. - Zaśmiałam się. - I wychodzimy razem, bo byłabym się o mamę, gdyby została z tobą sama w pokoju.
Kiedy wyszliśmy przed dom spytałam:
- Czemu taki jesteś?
- Taki czyli jaki? - Zdziwił się.
- Sprzeczny. - Powiedziałam. - W jednej chwili trzęsą ci się ręce i martwisz się o ojca a w drugiej jesteś wyluzowany i podrywasz moją matkę. Co, nawiasem mówiąc, jest dziwne i lekko odrażające.
- To żarty były. - Zaśmiał się. - Nie gustuję w aż tak starszych.
- To nie jest odpowiedź na pytanie. - Zauważyłam.
- Nie wiem czemu. - Odparł wzruszając ramionami. - Po prostu nie potrafię się tak przejmować. Nie jestem tobą.
- Co znaczy "nie jestem tobą"? - Oburzyłam się.
- Nie obraź się skarbie, ale ty za dużo się przejmujesz. - Powiedział poważniejąc. - Głupoty rujnują twoje nerwy. A niepotrzebnie.
- To nie są głupoty! - Uniosłam ręce w geście irytacji.
- Są. - Zaśmiał się.
- To nie zmienia faktu, że bardziej mógłbyś się przejąć całą tą sytuacją. - Wróciłam na właściwy tor rozmowy.
- Przejmuję się wtedy kiedy trzeba. - Jego głos był obojętny. - Po co marnować nerwy?
- Bo to twój ojciec! - Oburzyłam się. Kompletnie nie rozumiałam myślenia Tony'ego.
- Twój praktycznie też. - Powiedział znowu wzruszając ramionami.
Czy on cokolwiek traktuje poważnie?
- Ty chyba tu skręcasz. - Zmienił temat wskazując na drzwi sklepu.
- Do zobaczenia, Tony. - Powiedziałam a on kiwnął mi głową i ruszył dalej z rękoma w kieszeniach.
Z cichym westchnieniem rezygnacji weszłam do budynku. W szklanych drzwiach odbiła się przez chwilę moja sylwetka.
"Żebym tylko nikogo ważnego nie spotkała..." Jęknęłam w duchu ubolewając nad swoim wyglądem.
Znalazłam mleko i trzymając karton w ręce ruszyłam do kasy.
- Hej Viv! - Usłyszałam za moimi plecami i zdusiłam w sobie przekleństwo.
"Czemu akurat teraz?!"
- Hej Mike. - Zmusiłam się do uśmiechu odwracając się do chłopaka. Ubrany był w poplamione farbą spodnie i buty oraz w białą, za dużą koszulkę. Trochę mi uczyło, że nie ja jedyna nie wyglądam wyjściowo.
- Jak się trzymasz? - Zapytał z poważną miną. Niewątpliwie wiedział co się stało w sklepie muzycznym.
- Radzę sobie. - Odparłam starając się zabrzmieć obojętnie.
- 2,50. - Przywołał mnie głos kasjerki. Dałam jej wyliczone pieniądze.
- Zaczekasz? - Zapytał Clifford wskazując na swój koszyk z zakupami.
- Pewnie. - Uśmiechnęłam się.
- Na pewno wszystko w porządku? - Zapytał z troską w głosie gdy wyszliśmy ze sklepu. - Wyglądasz jakbyś niewiele spała.
- Po prostu niedawno wstałam. - Skłamałam gładko. - Chciałam ci podziękować. - Zmieniam lekko temat.
- Za co? - Zdziwił się.
- Uratowałeś tą gitarę. Kupując ją w tym tygodniu. Gdyby nie ty, spłonęłaby razem z resztą. - Powiedziałam z nieśmiałym uśmiechem. Wpadłam na to w nocy i, o dziwo, poprawiło mi to humor.
- Można tak na to patrzeć. - Zmieszał się.
"Jest taki uroczy, jak nie wie co powiedzieć." Pomyślałam i zaraz się zganiłam. Nie wolno mi tak myśleć...
Szliśmy w stronę mojego domu.
- Wiesz, ludzie mają różny styl ubioru, ale twój jest dosyć... wyjątkowy. - Zmieniłam temat z uśmiechem.
- Idę do pracy. - Zaśmiał się. - Pomagam w lekkich pracach remontowych, dzisiaj ostatni dzień.
- A te zakupy? - Spytałam patrząc na siatkę pełną wędlin i innych rzeczy tego typu. - Raczej nie wyglądają jak do pracy.
- Jeszcze po drodze muszę to zanieść do domu. - Odpowiedział kręcąc głową z rozbawieniem.
- Gdzie właściwie mieszkasz? - Spytałam.
- Na ulicy równoległej do twojej. - Powiedział wskazując uliczkę.
- Poważnie? - Zdziwiłam się. - Czemu do tej pory cię nie spotkałam?
- Spotkałaś. - Oklapł lekko.
"Jaka ja jestem głupia." Jęknęłam.
- Wybacz. - Powiedziałam jedynie, ze skruchą w głosie.
- Mam jeden warunek, na który musisz przestać, żebym ci przebaczył. - Powiedział podnosząc głowę.
- Jaki? - Zdziwiłam się.
- Gofry. - Powiedział z uśmiechem, patrząc na mnie, nie w swoje buty.
Kamień spadł mi z serca.
- Jestem za. - Uśmiechnęłam się. - Kiedy?
- Masz plany na jutrzejszy wieczór? - Spytał.
- Teraz już tak. - Odpowiedziałam wesoło.
- To jeszcze się odezwę w sprawie szczegółów. - Powiedział stając pod moimi drzwiami.
- W takim razie do usłyszenia. - Przytulił mnie na pożegnanie i weszłam do domu.
Przystanęłam przy drzwiach, żeby do kuchni wejść poważna i wzięłam dwa głębokie wdechy.
To niemożliwe jak łatwo przychodzi mu przywołanie mojego uśmiechu...
***
Stałam pod drzwiami domu Terno i od pięciu minut zbierałam się w sobie by zapukać. Co chwilę unosiłam rękę by zapukać i się wycofywałam z tego pomysłu.
Gdy miałam po raz kolejny odwrócić się by odejść wejście stanęło otworem.
- Vivien, czy te drzwi zrobiły ci coś złego? - Spytała pani Terno, Monica.
- Nie, jaa... - Zająknęłam się. - Ja tylko...
- Weź głęboki wdech i wejdź. - Uśmiechnęła się ciepło.
- Dziękuję. - Wydukałam.
Zrobiłam co poleciła i w tym momencie w korytarzu pojawił się właściciel domu.
- Vivien! Już zaczynałem się martwić. - Powiedział podając mi rękę.
- Przyszłam porozmawiać. - Powiedziałam zduszonym głosem.
- Domyślam się. - Jego głos był pusty, miną obojętna. - Chodźmy do salonu.
Usiadł w swoim fotelu a ja zajęłam miejsce naprzeciwko niego, na kanapie.
- To była nieszczelność rury gazowej. - Powiedział po chwili milczenia. - W kotłowni nastąpił wybuch i ogień rozprzestrzenił się szybko po wszystkich pomieszczeniach. Sklep mógł wybuchnąć w każdej chwili...
- Przykro mi. - Powiedziałam, nie wiedząc co mogę zrobić lub mówić, żeby nie pogarszać swojej sytuacji.
- Dlaczego ci przykro? - pan Terno wydawał się zdziwiony.
- Powinnam być w pracy do końca mojego etatu. - Bawiłam się nerwowo dłońmi.
- Przecież zawsze ci powtarzam, że jak musisz i Tony może cię zastąpić, to nie widzę w tym problemu. - Powiedział dalej lekko zdziwiony. - A w tym przypadku nawet się cieszę, że cię przy tym nie było.
- Nie masz mi za złe? - Tym razem to ja się zdziwiłam.
- Oczywiście, że nie. - Powiedział delikatnie. - Nie ma w tym ani krzty twojej winy.
- Dziękuję. - Uczucie ulgi wywołało mój szeroki uśmiech.
- Nie masz za co dziękować, dziecko! - Zaśmiał się Terno siadając obok mnie i obejmując mnie pocieszająco ramieniem. - Jedyne co musisz teraz zrobić to przygotować się do ciężkiej pracy.
- Jaki masz pan plan? - Zapytałam.
- Zobaczymy na ile pozwoli ubezpieczenie. - Odparł. - Ale remont na pewno. Dlatego przyda się każda para rąk. Jak znasz kogoś kto nie weźmie dużo za pomoc to chętnie cię wysłucham.
W tym momencie, zawitała mi w głowie pewna myśl...

~.~

Witam! :D

Jak się podobało? Co się nie podobało? Jakie minusy i plusy? Jestem spragniona opinii :D

Miłego wieczoru/dnia/nocy i do napisania ♡

poniedziałek, 2 lutego 2015

Trzeci.

W samochodzie panowała niezręczna cisza.
"A czego ty się spodziewałaś?" Zganiłam się w myślach. "Mógłby się chociaż odezwać..."
Michael uważnie patrzył na jezdnię, ale co jakiś czas zerkał w moją stronę jakby chciał coś powiedzieć...
Stwierdziwszy, że z jego strony nie doczekam się rozpoczęcia dyskusji zapytałam z uśmiechem:
- I jak się spisuje gitara?
- Dzisiaj przejdzie pierwszy poważny sprawdzian. - Mike odwzajemnił uśmiech.
"Swoją drogą, nie jestem pewna czy mogę zdrabniać tak jego imię." Zastanowiłam się. "Co jeśli kiedyś mi się wymsknie i okaże się, że on tego nienawidzi i już się więcej do mnie nie odezwie?" Moje myśli zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do granicy paniki.
To do mnie nie podobne...
- Mam nadzieję, że ci się spodoba na próbie. - Z zamyślenia wyrwał mnie głos chłopaka. - Nie wiem jakiej muzyki słuchasz... - Postukał nerwowo palcami po kierownicy.
- Raczej klasycznego rocka, zdarza się metalu i punku. W końcu Black Veil Brides to moja miłość. - Odparłam przewidując jego reakcję.
- Poważnie? - Zdziwił się. - Nie wyglądasz na taką.
- Nie ocenia się książki po okładce. - Zaśmiałam się. Ludzie nie zawsze wiedzieli, że żeby być czegoś fanem nie trzeba tegi okazywać każdym elementem swojego jestesctwa.
- Wiem, wybacz. - Powiedział poważnie. - Ale to fajnie. Masz dobry gust. - Kiedy to powiedział na jego ustach pokazał się krzywy, ale ciepły uśmiech.
- Jakim cudem nie widziałam cię wcześniej w szkole? - Zapytałam, zanim pomyślałam.
Miałam ochotę walnąć czołem o szybę.
"Idiotka. Nie ma to jak okazać swoje zainteresowanie."
- Najważniejsze, że już widzisz. - Odpowiedział z cichym parsknięciem poszerzając uśmiech. - No, jesteśmy. - Rzucił a mnie coś ścisnęło w brzuchu. Czyżby nerwy?
Wysiedliśmy z samochodu i moim oczom ukazał się uroczy domek jednorodzinny z idealnie przystrzyżonym trawnikiem i plastikowym krasnalem przy drzwiach.
- To dom Caluma, mojego przyjaciela. - Poinformował mnie niebieskowłosy. - Tylko on ma na tyle dużą piwnicę, żeby nas pomieścić.
Otworzył drzwi bez pukania i wpuścił mnie pierwszą. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to sterty butów przy wejściu.
- Pałęta się dużo osób. - Wyjaśnił widząc moje spojrzenie. - Chcą się nad nasłuchać dopóki bilety na nasze koncerty nie kosztują fortunę. - Powiedział wypinając zabawnie pierś.
- Wychodzi na to, że mam niesamowite szczęście. - Zaśmiałam się.
- A do tego siostra Caluma jest harcerką i często urządza tutaj jakieś zbiórki. - Dodał a ja zaśmiałam się pod nosem i poszłam za chłopakiem w głąb domu.
Usłyszałam dźwięki perkusji w tym samym momencie gdy podeszliśmy do schodów prowadzących w dół. Clifford nagle się zatrzymał przez co wpadłam na niego z impetem.
- Wybacz. - Sapnęłam odzyskując równowagę i czując jego rękę na moich plecach próbującą mi jakoś pomóc.
- To mi wybacz. - Odparł patrząc na mnie ze zamieszaniem i zabierając dyskretnie rękę. - Nie zaproponowałem ci nic do picia.
- Nie, dziękuję. - Uśmiechnęłam się.
- Taa, no to w takim razie witamy w świecie 5 Seconds Of Summer. - Powiedział niepewnie wskazując na schody i puszczając mnie przodem.
Znalazłam się w średniej wielkości pomieszczeniu zastawionej gitarami, głośnikami, mikrofonami i perkusją, przy jednej ze ścian stała kilku osobowa, poobdzierana i wyblakła kanapa.
A za bębnami, z pałeczkami w rękach siedział Ashton, ten sam co ostatnio kupował wosk do swojej perkusji.
- Hej Vi! - Pomachał mi wesoło przerywając grę. - Co tutaj robisz?
- Wy się znacie? - Wtrącił Mike siadając na kanapie. - Rozgość się proszę.
- Ash często bywa w sklepie, w którym pracuję. - Wytłumaczyłam siadając obok Michaela.
- Bo to najlepszy sklep muzyczny w okolicy. - Wytłumaczył się blondyn.
Wtedy do piwnicy wszedł znany mi ze stołówki, ciemnowłosy chłopak.
- O, hej! - Uśmiechnął się na mój widok, kiwając głową. - Calum Hood jestem, gitara i wokal.
- Vi, miło poznać. - Odparłam wesoło i chłopak zajął się instrumentami.
Podobało mi się z jakim luzem mnie potraktował, w końcu byłam obcą osobą w jego domu. Poza tym jego uśmiech był uroczy.
"Muszę jeszcze tylko wybadać czy ma dziewczynę i dać znać Sylvi." Uśmiechnęłam się do tej myśli, ale głosy chłopaków przywróciły mnie na ziemię.
- Brakuje jeszcze tylko naszego głównego wokalisty, ale on zawsze się spóźnia. - Wytłumaczył Clifford  biorąc do ręki gitarę. TĄ gitarę.
- Pokażesz jak grasz? - Zapytał patrząc na mnie z szelmowskim uśmiechem.
- Nie, ale mogę ją nastroić. - Chłopak wydawał się lekko zawiedziony, ale podał mi instrument.
Nie mogłam się oprzeć pokusie by nie przejechać palcami po strunach po raz kolejny. Pudło w kolorze ciemnego mahoniu, jaśniejszy gryf i czarne, metalowe struny. Tak jak zapamiętałam.
Dziwię się, że nikt nie zamknął mnie w psychiatryku już dawno temu. Ta fascynacja instrumentami czasem nawet mnie przerażała.
- Nie chcesz stroika? - Zapytał Calum, który teraz kucał przy głośnikach podpinając jakieś kable.
- Jeśli będziecie cicho, to nie. - Uśmiechnęłam się uprzejmie.
- Tak ze słuchu? - Mike uniósł brwi w lekkim zdziwieniu.
- Kwestia praktyki. - Odparłam a on w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko. Gdzieś w środku poczułam jak ta dziwna niezęczność wobec niego znika.
I wtedy do pokoju wszedł spóźniony wokalista.
- Hej Luke, poznaj Vi! - Zawołał Ash zza swoich bębenków.
Spojrzałam na blondyna stojącego w wejściu i starałam się zachować kamienną twarz.
- My się już znamy. - Powiedziałam a mój głos zabrzmiał bardziej sucho, niż się tego spodziewałam.
Hemmings podrapał się po karku ze zmieszaną miną.
- Hej. - Powiedział w końcu.
Nagle cała ochota na spędzenie z chłopakami próby zniknęła.
Luke nawet nie wiedział jakie konsekwencje miała jego ucieczka ze sklepu po zniszczeniu gitar. I nie chodzi tu tylko o kłopoty z szefem.
Pech chciał, że cała ta sytuacja miała miejsce chwilę po tym jak mój ojciec odszedł a mama popadła w depresję. Tego było za dużo...
- Skąd się znacie? - Padło pytanie ze strony Asha. W jego głosie wyczuwam wahanie.
- Mamy zrobić razem Super Zadanie z chemii. - Powiedziałam chcąc uciąć temat zanim się na dobre zacznie.
Postanowiłam skupić się na gitarze, którą trzymałam w rękach.
Kręcenie gałkami przy gryfie i wsłchuchiwanie się w dźwięki wydawane przez struny pozwoliło mi uspokoić się i zebrać myśli. No i przede wszystkim udawać, że nie widzę pytających spojrzeń chłopaków, które rzucali sobie nawzajem.
Wielu osobom obiecałam, że zostawię przeszłość za sobą, dlatego postanowiłam nie uciekać z piwnicy i zostać na próbie.
- Gotowe. - Powiedziałam siląc się na uśmiech.
- To teraz rozsiądź się wygodnie i przygotuj się na widowisko! - Zawołał Ash wesoło rozładowując atmosferę i siadając przy pudle akustycznym.
Michel wziął ode mnie gitarę i usiadł na ziemi obok Caluma, który zajął niskie, drewniane krzesełko. Luke po chwili wahania również usiadł na ziemi.
Na początku był chaos.
- Zaczniemy od czegoś The 1975! - Wolał Ash machając rękoma.
- Nie bo Nirvany! - Mike próbował go przekrzyczeć.
- Katy Perry! - Wydzierał się Calum bujając się na swoim krzesełku.
Jedynie Hemmings siedział cicho usilnie nie patrząc w moją stronę.
Ja tymczasem po prostu siedziałam i śmiałam się z powagi wymalowanej na twarzach chłopaków.
Jakby kłócili się co najmniej o ostatni kawałek pizzy.
- To może zapytamy dzisiejszego gościa? - Wtrącił Luke i o dziwo reszta spojrzała na niego przerywając spór.
- Chociaż raz nie gadasz od rzeczy. - Zaśmiał się Clifford po czym zwrócił się do mnie. - Co chciałabyś usłyszeć?
- Może coś waszego? - Odparłam nieśmiało.
- To teraz się dopiero zacznie burza. - Zaśmiał się Mike.
- Only Reason! - Zawołał Calum patrząc na niebieskowłosego jakby chciał mu coś przekazać.
- Nie. - Odparł tamten stanowczo. - To na inny raz.
Uniosłam brwi w zdziwieniu, ale nie skomentowałam.
Po pół godziny ciężkich i poważnych narad padło na utwór Voodoo Doll.
Ale to nie był koniec problemów.
Zanim chłopaki dostosowali się do siebie tonowo ja zdążyłam wyśmiać się na kanapie prawie do łez.
Ich miny niezadowolenia, gesty, które widziałam tylko ja i docinki były przekomiczne.
W pewnym momencie cały hałas ucichł i muzycy zpoważnieli.
Zaczął Luke.
Nie była to piosenka, którą można zabłysnąć wokalnie, ale jego głos wpasował się idealnie.
Z chęcią odwróciłam od niego wzrok by przenieść go na Clifforda.
Brzmieli na prawdę dobrze. Po takim początku próby nawet się tego nie spodziewałam.
Oczywiście nie obyło się bez wytrącających z równowagi zachowań, typu rozpraszających spojrzeń i okrzyków.
Kiedy skończyli spojrzeli na mnie wyczekująco.
- Nieźle. - Odparłam z szerokim uśmiechem.
-Tylko nieźle? - Mike patrzył na mnie z tajemniczą miną. - Ja myślę, że podobało ci się dużo bardziej.
Od odpowiedzi uratowała mnie dziewczynka, na oko 14 lat, z długim, ciemnym warkoczem, która wpadła do piwnicy z okrzykiem:
- Pizza przyszła!
- Mogłaś ją od razu tu przynieść. - Stwierdził Calum patrząc na siostrę (?) z wyrzutem.
- Mama kazała wam zjeść jak ludzie, w jadalni. - Odparła dziewczynka i zniknęła na schodach.
- Mały diabeł. - Mruknął Hood pod nosem z uśmiechem. - Chodźcie bo wiecie jak moja mama reaguje na zimną pizze.
- Pizza jest naszą odwieczną częścią próby, więc nawet nie waż się uciekać. - Powiedział do mnie Michael podnosząc się z ziemi i wyciągając do mnie rękę by pomóc mi wstać z niskiej kanapy.
- Ale nie jadam pieczarek. - Ostrzegłam ze śmiechem przyjmując pomoc.
- Nareszcie ktoś normalny! - Zawołał Ashton ze schodów.
- Raczej przeciwieństwo normalności. - Zaśmiał się Clifford. - Przecież pieczarki to niebo w gębie.
- Błe. - Powiedziałam z Irwinem w tym samym momencie co wywołało u mnie kolejny wybuch śmiechu.
- Razem spiskujecie przeciwko królestwu grzybów i koronie pieczarek! - Zawołał Micheal teatralnym głosem. Kątem oka widziałam jak Calum z Lukiem przyglądają się sytuacji ze śmiechem. - Musicie zostać ukarani!
Zanim zdążyłam zapytać co ma na myśli poczułam jego ręce na moich żebrach.
Zaczęłam piszczeć prosząc, żeby przestał, ale jego palce nieubłaganie wymierzały "sprawiedliwość" łaskocząc mnie w najbardziej czułym pod tym względem miejscu.
Kiedy w końcu przestał opadłam na kanapę.
- To nie fair. - Jęknęłam lekko zdyszana. - Ashton uciekł.
- Na Ashtona i tak to nie działa. - Odparł Mike z zadowoloną miną. - Teraz możemy iść na kolację!
Kuchnia była bardzo jasna i przestronna, z wysepką na środku pełniącą rolę stołu. Przy jednym z wysokich krzeseł siedziała niewysoka i chuda kobieta. Na pierwszy rzut oka można było poznać, że to matka Caluma.
- Dobry wieczór! - Zawołał Ashton w kierunku pani Hood.
- Dobry, dobry. - Odparła z uśmiechem i dostrzegła mnie wśród chłopaków. - My się chyba nie znamy?
- Vivien Martin, miło panią poznać. - Odparłam wyciągając do niej rękę, ale ona zignorowała ją i mnie przytuliła.
- Mi również bardzo miło. Jesteś nową fanką mojego syna? - Poruszyła zabawnie brwiami. - Przydałaby mu się w końcu jakaś fajna.
- Maamoo... - Jęknął Calum przeżuwając już pierwszy kawałek pizzy. - Po pierwsze możesz nie zamęczać każdej dziewczyny tym, że nie jestem w związku? A po drugie to Viv jest fanką Mika.*
Kobieta nie zmieniła wyrazu twarzy kiedy mówiła do mnie:
- A może masz jakieś fajne koleżanki?
Ledwo powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem, nie to co reszta ekipy, która nie hamowała wybuchu. Calum walnął głową o blat stołu z jękiem.
- Czemu zawsze musisz mi to robić? - Mruczał pod nosem.
- Bo cię kocham głuptasie. - Powiedziała z uśmiechem do syna i sięgnęła po telefon, który w tej chwili rozdzwonił się na blacie. - Wybaczcie na moment. - Przeprosiła i wyszła.
- Jesz? - Zapytał Ashton wskazując na swoje jedzenie. - Tylko jedną jest bez pieczarek.
- Z chęcią. - Odparłam, zdając sobie sprawę z tego jak głodna byłam.
- Wybacz, mojej mamie. - Odezwał się Calum. - Ona zawsze tak...
- To urocze. - Odparłam.
- Dla ciebie tak, ale dwie dziewczyny już tym odstraszyła. - Odpowiedział markotnie.
- Pamiętam jak Allison praktycznie uciekła po podobnej akcji. - Zaśmiał się Clifford. - I fajnie, że nie zaprzeczyłaś, że jesteś moją fanką. - Dodał kończąc swój kawałek z szelmowskim uśmiechem.
- Nie pompuj się tak bo pękniesz. - Pokazałam mu język.
- Muszę jechać, dzieciaki. - Mama Caluma stanęła w wejściu do kuchni. - Jakąś sprawa w centrum. Calum pamiętaj, żeby przypilnować Mii, że o 23 ma być w łóżku. Nie wiem kiedy wrócę.
- Jasne. - Hood w końcu się wyprostował. Na czole miał czerwoną plamę.
- To na razie dzieciaki!
- Do widzenia! - Odparliśmy zgodnym chórkiem.
- Jest dziennikarką, często ją tak wyrywają z domu. - Wytłumaczył Calum.
- Rozumiem. - Odparłam. Mojej mamy przecież też często nie było w domu.
"Do odnotowania dwie rzeczy" Pomyślałam. "Mogę do Michaela mówić Mike i Calum jest wolny."
"No i trzecia." Dodałam po chwili. "Ostrzec Sylvię zanim odwiedzi kiedyś Hooda."
- Wracamy do piwnicy czy gramy w coś na PS3? - Zapytał Luke gdy kartony po pizzy były puste.
- Fifa! - Odparli wszyscy zgodnie, jedynie ja się wyłamałam i powiedziałam:
- Będę się zbierać.
- Podwiozę cię. - Powiedział Michael od razu.
- Wpadniesz jeszcze kiedyś? - Zapytał Irwin. - Twoja opinia na dzień dzisiejszy nie była zbyt konstruktywna.
- Zobaczymy. - Powiedziałam z uśmiechem podnosząc się z miejsca.
W sumie to byłam beznadziejnym krytykiem. Tylko czemu nie wpadłam na to zanim zgodziłam się na próbę?
- To do zobaczenia! - Pomachałam chłopakom i ruszyłam za Michaelem do wyjścia.
- Tak szczerze, to jak ci się podobało? - Spytał chłopak otwierając mi drzwi swojego samochodu.
- Bardzo pozytywnie. - Uśmiechnęłam się szczerze.
"Od tego ciągłego uśmiechania będą mnie jutro boleć szczęki." Pomyślałam z rozbawieniem.
- Czyli wpadniesz jeszcze kiedyś? - Dopytał włączając silnik. - Gdzie właściwie mam cię podwieźć?
Podałam adres i odpowiedziałam na pierwsze pytanie:
- Jeśli dostanę zaproszenie to pewnie tak.
- Bardzo się cieszę. - Odparł, ale coś w jego zachowaniu było nie tak.
- Co się stało? - Zapytałam.
- Jest sens pytać co jest między tobą a Hemmingsem? - Wypalił.
- Może kiedyś ci opowiem. - Powiedziałam nagle zainteresowana swoimi dłońmi.
- Dobra. - Powiedział tylko i zapadła cisza.
- Czemu mnie zaprosiłeś na tą próbę? - Zapytałam w końcu przerywając milczenie.
- Sam nie wiem. - Odparł z lekkim wahaniem. - Nawet nie myślałem co mówię. - Powiedział i zaraz potem dodał, jakby bał się, że mnie urazi - Ale ani trochę tego nie żałuję!
- A ja nie żałuję, że przyszłam. - Zaśmiałam się chcąc rozładować atmosferę i chyba mi się udało bo chłopak odwzajemnił mi się tym samym.
- To mam nadzieję, że do zobaczenia. - Powiedział stając pod moim domem. Wyciągnął ręce żeby mnie przytulić na pożegnanie.
- No pewnie. - Odarłam odwzajemniłam gest.
Jego uścisk był ciepły i silny.
Z głupim uśmiechem weszłam do swojego mieszkania dziękując za to, że mamy nie ma w domu i tego nie widzi.
Siegnęłam do torebki i wyjęłam telefon. Na ekranie widziało dziesięć nieodebranych połączeń od Sylvii i piętnaście od Daniela.
Oddzwoniłam najpierw do przyjaciela. Odebrał po dwóch sygnałach.
- Viv, jak dobrze, że w końcu jesteś! - Zawołał bez powitania.
- Co się stało? - Zapytałam poważnie zmartwiona.
- Włącz lokalne wiadomości i nie ruszaj się z domu. - Powiedział poważnie. - Już do ciebie jadę.
Rozłączył się zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
Zrobiłam co kazał i moim oczom ukazała się mama Caluma.
Ale to nie ona zwróciła moją uwagę a scena pokazana za nią. Ukazywała sklep, w którym pracuję, mój drugi dom i moje ulubione miejsce na ziemi.
W płomieniach.

~.~
Tak, wiem, że nie wszystkie informacje się zgadzają, ale to na potrzeby ff :D

* Nie wiem jak to się odmienia a internety podają mi sprzeczne informacje, więc jak ktoś coś wie, to ja chętnie wysłucham :D

No i zapraszam do komentowania bo to dodaje fajnego kopa do dalszego pisania ♡

Całusy i do napisania :*

sobota, 24 stycznia 2015

Drugi.

- ... i potem zaprosił mnie na próbę. - Skończyłam moja przemowę z lekkim rumieńcem.
- Czyli... - Zaczął Daniel zamyślonym tonem. - Idziesz dzisiaj na próbę zespołu, którego nie znasz dlatego, że zaprosił cię na nią facet, którego nie znasz.
- No... tak. - Odparłam zmieszana.
Wczoraj przez chwilę pisałam z Cliffordem i tak szczerze... już nie mogłam się doczekać dziewiętnastej. Chłopak zafascynował mnie swoim humorem i dystansem do świata.
- Chyba nie podzielam twojego gustu co do facetów. - Podsumował mój przyjaciel wkładając sobie frytkę do ust.
Sidzieliśmy w trójkę na stołówce. Sylvia odpisywała zadanie z biologii a Daniel właśnie dowiadywał się o całej historii z gitarą i niebieskowłosym chłopaku.
- To pocieszę tym, że ja twojego też. - Pokazałam mu język.
- Pamiętaj, żeby mi zadzwonić po wszystkim. - Poruszył śmiesznie brwiami za co dostał po żebrach. - No co? Przecież nie zaprasza się dziewczyny na takie rzeczy jak się jej nie chce poderwać.
- Na serio myślisz, że jestem w jego typie? - Spytałam ironicznie. Odpowiedź była jasna: nie.
Nie byłam ciotką cnotką, zdarzały się w moim życiu niezłe "odpały", ale do super rozrywkowych nie należałam.
A Michael... No cóż, nie znam go zbyt dobrze, ale po samym wyglądzie można było sądzić, że woli ciężką muzykę, głośne koncerty i ostre dziewczyny.
A do ostrej dziewczyny było mi niezbyt blisko.
Ubierałam się tak, żeby podkreślić figurę, na którą ciężko pracowałam, ale nie pokazując za wiele. Wolałam pastelowe kolory i raczej ładnie niż "ostro"..
- Ziemia do Vivien! - Głos Daniela przebił się przez moje rozmyślania.
- Już jestem. - Zaśmiałam się.
- Twój aniołek właśnie się zjawił. - Wskazał na wejście a ja odruchowo się odwróciłam.
Michael wchodził na stołówkę w towarzystwie chłopaka o ciemniejszej karnacji i włosach.
- Tego obok niego to bym schrupał. - Skomentował Daniel na co odwróciłam się z prychnięciem.
- Masz chłopaka. - Zauważyłam.
- No i co z tego? - Podniósł się z siedzenia i zaczął strzepywać okruszki ze swoich spodni. - I tak bym schrupał tego azjatę.
- On nie jest azjatą. - Wtrąciła się Sylvia pakując zeszyty. - I nazywa się Calum.
- Skąd ty to wszystko wiesz? - Zapytałam ze śmiechem. Zawsze była moją skarbnicą wiedzy o ludziach, nie tylko tych ze szkoły.
- Na matmie siedzę z Sarą Dempsey. - Powiedziała jakby to było oczywistością. - A ona nie przestaje gadać.
Ruszyliśmy do wyjścia mijając stojącą przy bufecie dwójkę, która przed chwilą tak przykuła naszą uwagę.
- Hej Vivien! - Usłyszałam za swoimi plecami.
- Hej Michael. - Uśmiechnęłam się lekko, ledwo się odwracając i poszłam za swoimi przyjaciółmi.
- Czemu z nim nie pogadałaś? - Zaciekawiła się Sylvia.
- Bo był z kumplem. - Odparłam czerwiniąc się.
- Chyba raczej dlatego, że starasz się odwlec moment, kiedy to Michael zniszczy twoje wyobrażenia o aniele muzyki. - Powiedział Daniel poważnie.
- Nie bądź głupi. - Skarciłam go starając się by mój uśmiech nie wyszedł słusznie.
Prawda jest taka, że miał cholerną rację a ja bałam się do tego przyznać...
Czasem, przed snem, lubię sobie wyobrazić "co by było gdyby..."? Myślę wtedy o wszystkich tych rzeczach, na które nie wystarcza odwagi, szczęścia, pieniędzy, umiejętności...
W moich myślach ostatniej nocy zawitał Clifford, jako wrażliwy, uroczy i z czysto artystyczną duszą chłopak.
A byłam świadoma tego, że prawie na pewno taki nie jest. Dlatego słowa Daniela tak mnie zmartwiły. Zbyt głośno wyrażały moje obawy...
*
Na chemii panował chaos, jak zwykle z resztą. Jedni bawili się swoimi telefonami, inni rozmawiali, głośno się śmiejąc a jeszcze inni leżeli na ławkach chcąc odespać zarwaną nockę.
Byłam pogrążona w rozmowie z Carmen, moją koleżanką z ławki,  kiedy nauczycielka nie wytrzymała.
- To kpiny jakieś! Jak wy się zachowujecie?! - Krzyczała. - Ten przedmiot macie na egzaminach, należy się trochę szacunku! Może Super Zadanie postawi was do pionu!
Wszyscy umilkli. Słyszeliśmy o Super Zadaniu... Pani Colson była bardzo spokojną i obojętną na wiele rzeczy kobietą, do czasu aż przekroczyło się granicę. Wtedy zadawała doświadczenia na sporą pulę punktów, do wykonania w parach, które sama dobierała. Nie muszę dodawać, że nie należały do najprostszych?
- Tris z Galem, temat numer 5... - Chodziła po klasie mówiąc kto z kim będzie pracował i nad jakim zadaniem.
Nikt nie odezwał się nawet słowem, mimo, że sprzeciw sam cisnął się na usta. Pary zawsze były dobierane tak by utrudnić nam życia...
- Vivien z Lukiem, temat numer 8... - Powiedziała a ja jęknęłam. Kątem oka zauważyłam, że chłopak też nie jest zadowolony. Przeczesał swoją blond grzywę ręką a mnie zachciało się wymiotować. Carmen spojrzała na mnie ze współczuciem, wiedziała dlaczego nie lubię tego faceta.
Kilka miesięcy temu blondyn był w sklepie podczas mojej zmiany i oglądał gitary w bocznym pokoju. Do głowy by mi nie przyszło, żeby chodzić za nim krok w krok, jak nadopiekuńcza matka i mówić "Nie dotykaj!", myślałam, że ma swój rozum...
Niestety,  przeliczyłam się.
Do teraz nie bardzo wiem jak dokładnie do tego doszło, ale wyszło na to, że Luke rozwalił stojak na gitary i kilka ze stojących na nim instrumentów nie przeżyło. Potem Hemmings wyszedł jakby nic się nie stało.
Akurat tego dnia nie było kamery w tym pokoju i nie mogłam udowodnić mojemu pracodawcy co na prawdę się stało... Miałam przez to spore kłopoty a od wywalenia z pracy uratowały mnie tylko dobre stosunki z szefem.
Po lekcji podeszłam do pani Colson ze skruszoną miną.
- Nie, nie zmienię ci partnera, panno Martin. - Powiedziała zanim zdążyłam się odezwać.
- Proszę pani... - Zaczęłam, ale mi przerwała:
- Nie ma mowy. Chyba, że chce pani dostać za to zadanie jedynkę, a przypomnę, że ta ocena ma dosyć dużą wagę. - Mówiła surowym głosem pisząc coś w zeszycie.
Z westchnieniem rezygnacji wyszłam na parking przed szkołą.
Przy swoim samochodzie stała Sylvia pisząc coś na telefonie.
- No nareszcie. - Powiedziała gdy mnie zobaczyła. - Jeszcze chwila i zapuściłabym tu korzenie.
- Colson zadała nam Super Zadanie. - Jęknęłam siadając na fotelu pasażera.
- Przykre. - Podsumowała oddalając samochód. - A kogo masz w parze?
- Hemmingsa. - Mruknęłam na co brunetka spojrzała na mnie z niepokojem.
- Postaraj się nie wydrapać mu tych uroczych, niebieskich oczu. - Powiedziała ze śmiechem. Widząc, że nie jest mi do śmiechu zmieniła temat - Gotowa na wieczór?
- Szczerze to strasznie się denerwuję. - Powiedziałam usadawiając się wygodniej w fotelu gdy jechałyśmy w stronę mojego domu. - A jeszcze dzisiaj idę do sklepu, boję się, że coś spapram.
- Wdechy i wydechy. - Poradziła mi Sylvia z szerokim uśmiechem. - Jak na filmach.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła... - Powiedziałam ironicznie, ale z uśmiechem.
- Pewnie byś zginęła. - Odparła moja przyjaciółka. Podjechaliśmy pod moje drzwi. - Daj znać jak w tym zespole będzie jakieś ciacho bez dziewczyny. - Mrugnęła do mnie gdy wysiadałam.
- Pod tym względem możesz na mnie liczyć. - Zaśmiałam się i cmoknęłam ją w policzek na pożegnanie.
- Mamo jesteś? - Zawołałam rzucając klucze na szafkę.
- Tutaj skarbie! - Usłyszałam z łazienki.
Mój dom nie był zbyt duży, dwa pokoje, kuchnia połączona z salonem i łazienka. Przynajmniej miałam własny pokój od kiedy moja starsza siostra przeniosła się do Sydney, na studia.
- Jak w szkole? - Zapytała moja rodzicielka wkładając ubrania do suszarki.
- Jak to w szkole, nudno. - Odpowiedziałam wymijająco. - Co na obiad?
- Kurczak z ziemniakami. - Powiedziała zamykając drzwi urządzenia. - Jeszcze ciepłe.
- Dzięki. - Powiedziałam siląc się na uśmiech. - Wrócę dzisiaj później. - Dodałam.
- A co będziesz robić? - Spytała prostując się.  Razem przeszłyśmy do kuchni.
- Kolega mnie zaprosił na próbę swojego zespołu. - Odpowiedziałam napełniając sobie talerz.
- Czemu mnie nie dziwi, że muzyk? - Uśmiechnęła się ciepło z błyskiem w oku. Pewnie myślała o moim ojcu, którego poznała na koncercie jego "kapeli"... To po niej odziedziczyłam słabość do gitarzystów.
- A jak się układa w sklepie? - Wróciła na ziemię patrząc na mnie z radością. - Dawno nie rozmawiałyśmy, opowiadaj o wszystkim.
To była prawda. Dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz na prawdę rozmawiałyśmy. Kiedyś byłyśmy bardzo blisko a potem... potem wszystko się zepsuło. Tata odszedł, mama popadła w depresję, z której wyciągnęła ją moja siostra. Nie ja. I już nigdy nic nie było takie samo...
- Nie narzekamy na zyski. - Powiedziałam w przerwach od przeżuwania. - Sylvia dalej chce się przeprowadzić do Ameryki i dostać do Julliard a Daniel cały czas jest z Dannym. - Streściłam, nawiązując do wiadomości, które kiedyś jej przekazałam.
- A co z tobą i tym muzykiem, do którego idziesz dzisiaj? - Dopytywała z ciekawością.
- Zwykły znajomy. - Wzruszyłam ramionami. - Kupował ostatnio gitarę w Sklepie i mnie zaprosił.
- No dobra. - Oklapła trochę, ale zaraz znowu się ożywiła. - A jak twoje zbieranie na gitarę?
Moja mama była kolejną osobą, która dopingowała mnie w moich staraniach i zawsze bardzo żałowała,  że nie jest w stanie znacznie dorzucić się do sumy, która była mi potrzebna.
- Już prawie uzbierałam. - Powiedziałam pomijając fakt, że gitary już nie ma. Nie chciałam jej martwić...
- Jestem z ciebie taka dumna, Vi. - westchnęła z łezką w oku.
- Cieszę się, mamo. - Uśmiechnęłam się sztucznie i szeroko.

***

Stojąc za ladą skubałam nerwowo zapięcie jedej z moich bransoletek. Zawsze miałam ich sporo na prawej ręce, tak by zakrywały cały nadgarstek. Plecione, skórzane, szmaciane, srebrne, mniejsze i większe.. Spełniały swoją rolę.
- Macie czarne struny do altówki? - Zapytał facet po czterdziestce, z siwymi pasmami w ciemnych włosach, wygrywając mnie z zamyślenia.
- Niestety, tylko zwykłe. - Odparłam wracając do rzeczywistości. - Mogę złożyć zamówienie, ale będą dopiero w przyszłym tygodniu.
- To wezmę zwykłe, ale niech pani zamówi też te czarne. - Odparł grzebiąc w portfelu.
- Dobrze. To będzie 19,50. - Zwykły klient, zwykły zakup... A jednak coś było dzisiaj inaczej.
- Dziękuję bardzo i dobrego wieczoru. - Powiedział facet wychodząc.
- Oby taki był. - Mruknęłam pod nosem.
- Vi, co powiesz na partyjkę makao? - Obok mnie zjawił się mój współpracownik. Wysoki, chudy jak patyk z cienkimi i długimi włosami chłopak, który pracował tu dużo dłużej niż ja. Był synem właściciela, któremu nie chciało się kontynuować szkoły po liceum i żerował na swoim ojcu od kilku dobrych lat.
- Nie miałeś dzisiaj posegregować papierów? - Spytałam z uśmiechem.
- Skończyłem. - Jego uśmiech stał się zadziorny. - To jak?
Spojrzałam na zegarek: 18:30
- No dobra.
Rozłożył karty na jednym ze stołów za blatem i popatrzył na mnie wyczekująco. Usiedliśmy, niewidoczni od strony drzwi.
- Co ty taka spięta? - Zapytał podejrzliwie. - O czymś zapomniałem? Masz urodziny?
- Nie, jestem umówiona po pracy. - Odparłam biorąc karty do ręki.
- Randka? -Zapytał chłopak znowu uśmiechając się zadziornie.
- Oh, zamknij się Tony. - Prychnęłam zirytowana.
- Wyluzuj, to tylko facet. - Powiedział wykładając kilka ze swoich kart. - Jesteśmy prości jak cepy. Jak będziesz pewna siebie to poleci jak pszczoła do ula.
- To nie może być takie proste. - Zaśmiałam się.
- Ale jest. - Dodał. - Makao.
- Już? - Zdziwiłam się. - Kiedy ty zdążyłeś wszystkie karty wyłożyć?
- Jak myślałaś o swoim nowym boyu, skarbie. - Zaśmiał się.
Wtedy zadzwonił dzwonek przy wejściu.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc? - Tony wstał i pokazał się klientowi.
- Szukam Vivien. - Odezwał się miękki głos. - Jest jeszcze?
- Jestem. - Podniosłam się z miejsca i zobaczyłam Michaela, który na mój widok zmieszał się lekko.
- Pomyślałem, że może cię podwiozę.  - Powiedział drapiąc się po karku.
- Jesteś za wcześnie. - Powiedziałam z szerokim uśmiechem, którego nie mogłam powstrzymać. Był ubrany w dziurawe spodnie i wymiętą koszulę,  która pokazywała tatuaż na prawej ręce. - Mam jeszcze pół godziny pracy.
- Kurde. - Zawstydził się. - Nie wiem co mi się ubzdurało, że kończysz jakoś teraz...
- Spokojnie, mogę zostać sam. - Wtrącił się Tony. - To tylko pół godziny, co się może stać?
- A jak przyjdzie twój ojciec? - Zaniepokoiłam się. Nie lubiłam urywać się z pracy.
- To powiem, że musiałaś wcześniej wyjść. - Uśmiechnął się. - Co jakiś czas przecież możemy.
- Na pewno? - Cały czas miałam wątpliwości.
- Na pewno. - Pokiwał głową mój współpracownik. - No leć już.
- Dziękuję! - Przytuliłam go i szybko polecałam na zaplecze po swoją torebkę. Przechodząc obok lustra jęknęłam.
Na szybko poprawiłam włosy i przetarłam oczy tak by zetrzeć tusz, który znalazł się tam gdzie nie powinien. Ostatni wdech i wyszłam na spotkanie Cliffordowi.

~.~

I jak się podoba? :)
Proszę o komentarze, to na prawdę motywuje :D

wtorek, 20 stycznia 2015

Pierwszy.

Dzwonek oznajmiający przybycie nowego klienta zabrzmiał w każdym kącie sklepu.
Podniosłam głowę znad zadania domowego i spojrzałam z ciekawością w stronę wejścia. O tej porze nie było tu dużo ludzi.
- Hej Ash. - Uśmiechnęłam się widząc blondyna pochodzącego do lady. - To co zawsze?
- Tak, tylko jedną puszkę wosku do bębenków więcej. - Powiedział z szerokim uśmiechem a ja wyciągnęłam z pod lady małe pudełeczka.
- Po co ci aż tyle? - Zapytałam z ciekawością wbijając odpowiednie guziki na kasie fiskalnej.
Ashton bywał tu co jakiś czas, po pałeczki do perkusji, po wosk, ale najczęściej po jakąś starą płytę, których sprzedaż też prowadziliśmy.  Zawsze był szeroko uśmiechnięty i pełen energii niczym dziecko. Często poprawiał mi humor.
- Zmieniam zestaw bębnów. - Odparł oglądając kostki do gitar leżące na blacie. - Nie ufam temu ciućmokowi co mi sprzedaje ten nowy, więc sam gi sobie nawoskuję. - Zrobił krótką przerwę i spojrzał na mnie. - A co u ciebie?
- Moja gitara została dzisiaj sprzedana Aniołowi z Gitarą. - Powiedziałam lekkim tonem używając świeżo wymyślonego przezwiska na niebieskowłosego.
- Jak to? - Oburzył się marszcząc zabawnie brwi. - Tyle na nią zbierałaś i o jej utracie mówisz takim lekkim tonem?
- Taki już mój los, Ashton. - Uśmiechnęłam się. - Kartą czy gotówką?
Przez chwilę nie wiedział o co mi chodzi, więc podałam mu dwa pudełka wosku. Z portfela wyciągnął wyliczoną sumę.
- Musiał być na serio fajny, ten twój anioł, że nawet swój skarb oddałaś mu lekką ręką. - Mruknął pakując zakupy do plecaka.
- Wyrzuciliby mnie z pracy gdybym nie sprzedała. - Odarłam z uśmiechem. To słodkie, że tak się przejmował "prawie moją" gitarą. - Nie masz dzisiaj jakiejś próby? - Dodałam szybko widząc, że ma ochotę się kłócić.
- Nie, próby mam w piątki i niedziele. - Odparł. - Ale muszę iść z bratem do lekarza. - Zerknął na zegar nad moją głową.
- To do zobaczenia. - Pomachałam mu i chłopak zniknął za drzwiami.
Wtedy rozdzwonił się mój telefon.
- Mamo, wiesz, że jestem w pracy. - Powiedziałam do słuchawki bez powitania.
- Wiem, Vi. - Odparła sucho. - I nie tym tonem.
- Przepraszam. - Przełknęłam gulę sprzeciwu, która pojawiła się w moim gardle. - Co chciałaś?
- Nie wróciłaś do domu na obiad a ja mam na nocną zmianę, więc kolacji też nie będzie. - Powiedziała szybko. - Zjedz coś jak będziesz wracać ze sklepu.
Westchnęłam cicho, znowu cały dzień na drugim śniadaniu i hot-dogu z pobliskiej budki.
Tak jakby nie mogła mi odłożyć trochę obiadu...
- Dobrze mamo.
- Świetnie! - Ucieszyła się. - To miłego wieczoru.
Kiedy odłożyłam telefon zabrałam się za zamykanie sklepu, zbliżała się dziewiętnasta.
Wyłączyłam muzykę i zapanowała prawie idealna cisza. Bardzo brakowało mi takich momentów w ciągu dnia.
Cały ten zgiełk, który mnie otaczał ostatnio zaczął męczyć. Miałam dość bezsensownego gadania ludzi, zbyt głośnej muzyki i dźwięków dużego miasta...
Nie zrozumcie mnie źle, kocham muzykę ponad życie, ale czasem po prostu mam dość wszystkiego co wkraczało w moją intymność, chciałam być sama ze swoimi myślami. Niczym innym.
Westchnęłam próbując odgonić smętny humor i pogasiłam światła.
Przechodząc przez pomieszczenie z gitarami omijałam wzrokiem puste miejsce na półce, które jeszcze wczoraj było moim ulubionym...
W moich myślach znowu zawitał niebieskowłosy chłopak. Nawet nie wiem jak ma na imię...
"Nie bądź głupia." Skarciłam się w myślach. "To tylko jeden z wielu klientów sklepu, w którym pracujesz."
Jednak miałam wielką nadzieję, że skorzysta z numeru, który mu podałam...

***

Poranki w moim wykonaniu były bardzo ciężkie...
Wyłączyłam budzik i opadłam ciężko na poduszkę.
W pokoju było ciemno, ciepło... wszystko sprzyjało mojemu dalszemu snu.
Już miałam odpłynąć gdy budzik zadzwonił ponownie.
"Głupie drzemki." Zaklęłam w myślach i zrzuciłam kołdrę.
Chwilę później byłam już w kuchni, gotowa na kolejny męczący i monotonny dzień.
Spakowałam do torby coś na śniadanie i spojrzałam w kierunku salonu.
Na kanapie spała moja mama, jeszcze w stroju z pracy. Zrobiło mi się jej żal...
Bardzo nie lubiła swojej pracy, a zwłaszcza nocek. Wracała tak padnięta, że nawet nie docierała do swojego pokoju.
"A ja wczoraj miałam do niej pretensje o obiad." Skarciłam się w myślach.
Postanowiłam przygotować jej kawę. Wiedziałam, że za pół godziny wstanie, żeby się ogarnąć i zrobić coś w domu. A najbardziej lubiła gdy kawa była już zimna.
Przy kubku zostawiłam kartkę z napisem:

Miłego dnia ;)

Nie zwlekając dłużej wyszłam z mieszkania i ruszyłam powolnym krokiem do szkoły.
Mniej więcej w połowie drogi przypomniałam sobie, że dzisiaj czwartek a to oznaczało zajęcia muzyczne. Mój dzień od razu stał się lepszy.
Moja szkoła należała do tych typowych. Nic jej nie wyróżniało,  uczniowie uczyli się przeciętnie, przeciętnie imprezowali i przeciętnie uprawiali sport. Jedyne co mi się w niej podobało to moi przyjaciele.
Moja "paczka" składała się ze mnie i jeszcze dwóch osób.
Sylvia jest wiolonczelistką i mentalnie wciąż ma dziesięć lat. Poznałyśmy się w klasie muzycznej gdy przyłapała mnie na niedozwolonym korzystaniu z pianina.
Daniel również jest muzykiem, ale bardziej subtelnym. Nie miał jednego, ulubionego instrumentu, ale na każdy potrafił napisać piosenkę.
Połączyła nas miłość o muzyki i dzięki temu uczuciu przestaliśmy być samotni...
- Vi! - Przed wejściem do szkoły złapał mnie Daniel. Był ubrany w spodnie z dużym krokiem i wąskimi nogawkami oraz w jaskrawą koszulę odpiętą o o jeden guzik za dużo.
Miał swój styl i był z niego dumny, tak jak ze wszystkiego co prezentował swoją osobą. - Nie mam zadania z matematyki. Myślisz, że Smoczyca będzie dzisiaj sprawdzać?
I na takich błahych sprawach minęły mi pierwsze lekcje. Nawet podczas lunchu nie wydarzyło się nic ciekawego.
Dopiero lekcja muzyki sprawiła, że lekko się ożywiłam.
Idąc w stronę klasy mijałam wiele osób, ale na widok jednej zamarłam w pół kroku.
- Co jest? - Jęknęła Sylvia wpadając na moje plecy.
- Ten chłopak chodził tu wcześniej czy jest nowy? - Zapytałam wskazując na osobę stojącą przy szafkach.
- Ten w niebieskich włosach? - Dopytała i gdy kiwnęłam głową dodała - Nie jest nowy, tylko na głowie miał chyba czerwony. Musiał się niedawno przefarbować.  W sumie to nie wiem, nie wygląda sympatycznie.
Ubrany był w lekko poszarpaną, ciemną koszulkę z logiem jakiegoś zespołu, na ręce miał tatuaż i ogółem sprawiał wrażenie buntownika. Nie jest to typ człowieka, z którym się zadajemy.
Nie zauważyłam tego gdy spotkaliśmy się w sklepie.
- A czemu pytasz? - Dopytywała się przyjaciółka.
- Kupił moją gitarę. - Powiedziałam bezmyślnie. Zauważyłam jak dziewczyna odwraca się gwałtownie w stronę chłopaka wciągająca głośno powietrze.
- Ja mu dam. - Zamruczała pod nosem gniewnie. - Nikt nie będzie niszczył marzeń mojej przyjaciółki.
Ruszyła w stronę chłopaka z groźną miną.
Szybko odgrodziłam ją od szafek i z szerokim uśmiechem powiedziałam:
- Sylvia, daj spokój. On zasługuje na ten instrument.
Spojrzała na mnie jak na idiotkę.
- Zwariowałaś? Przecież jesteś tak blisko uzbierania tej kasy. - Brunetka jest bardzo zagożałą fanką spełniania marzeń i jej mina mówiła mi właśnie, że się na mnie zawiodła.
- A mówiłaś, że nie jest zaklepana. - Usłyszałam za sobą niski i poważny głos.
Bojąc się, że za moimi plecami stoi ON odwróciłam się lekko.
Niestety,  obawy się sprawdziły.
- Bo nie jest. - Powiedziałam cicho nagle zainteresowana swoimi butami.
- Czemu mi nie powiedziałaś? - Spytał i usłyszałam w jego głosie pretensje.
- A czemu ci zależy? - Zapytałam w przypływie odwagi podnosząc wzrok. Był wyższy ode mnie więc musiałam lekko zadzierać głowę by spojrzeć mu w twarz. Po raz kolejny uderzyły mnie jego jasne oczy.
"Co się z tobą dzieje Vi?" Zganiłam się w myślach. "I jak ja mogłam go wcześniej nie zauważyć na korytarzach!?"
Podrapał się po ramieniu nagle zmieszany.
- W sumie nie wiem. Chyba po prostu lubię być fair wobec ludzi. - Odparł cicho.
- To oddawaj gitarę. - Mruknęła Sylvia ponuro. Zganiłam ją wzrokiem.
- Nie słuchaj jej. - Powiedziałam przepraszająco. - My już będziemy szły.
Chwyciłam przyjaciółkę za łokieć i odciągnęłam w stronę naszej klasy, nie patrząc na chłopaka, żeby nie zobaczyć jego gardzącej miny, która pewnie zawitała na twarzy.
- Przecież on nawet nie jest przystojny. - Jęczała brunetka. - Więc nie rozumiem czemu mu ją oddałaś.
- Sylvia - Westchnęłam. - Kupię sobie inną gitarę. Jemu też na niej zależało.
- To twoje dobre serce kiedyś cie zgubi. - Odparła poważnie siadając w ławce.
Dzisiejsza lekcja muzyki była o komponowaniu; nutach, pięciolinii,  znakach. Czyli czymś co dobrze znałam.
Nigdy nie chodziłam do szkoły muzycznej, mojej rodziny nie było na to stać. Byłam samoukiem, który tylko czasem korzystał z pomocy nauczycielki muzyki, właściciela sklepu muzycznego, Daniela lub internetu.
Potrafię grać na gitarze, pianinie, bębnie akustycznym,  harmonijce i uczyłam się właśnie saksofonu.
Ten ostatni instrument pojawił się w sklepie już jakiś czas temu i od tego czasu wsztstkie przerwy spędziłam właśnie przy nim.
Jednak to gitara zawładnęła moim sercem najbardziej.
Pierwszą gitarę dostałam od mojego ojca kiedy miałam dziesięć lat, w ciągu roku grałam juz bardzo dobrze. Potem ojciec odszedł a instrument stał się moją świętością.
Niestety, trzy lata temu odmówiła posłuszeństwa i zostałam z resztkami instrumentu w szafie i złamanym sercem. Dlatego zbierałam na nową, taką samą jak moja wczesniejsza. Niestety ten egzemplarz nie był pospolity...
I teraz należała do tego chłopaka... Ciekawe jak miał na imię?
W sumie, mogłam zapytać Sylvii, ale nie chciałam, żeby martwiła się, że bardzo przeżywam całą tą sytuację.
"A nie przeżywasz?" Odezwał się cichy głosik w mojej głowie.
Z moich rozmyślań wyrwał mnie telefon wibrujący w mojej kieszeni.

Wiadomość od: Nieznany:
To jak z tą próbą? ;)
C.

Przez chwilę gapiłam się w ekran nie rozumiejąc, ale po chwili mnie olśniło. Odpisałam:

Jestem gotowa na to wyzwanie :) Tylko nawet nie wiem jak Cię nazywać...

Po chwili odpisał:

Michael Clifford, miło mi :D

- Czemu się śmiejesz do telefonu? - Spytała Sylvia z dziwną miną. - Dawno tego nie robiłaś.
- W sumie to nawet nie wiem czemu. - Zaśmiałam się i po chwili moja przyjaciółka uśmiechnęła się szeroko.
- Pozdrów go i przeproś za moje zachowanie. - Dodała wesołym tonem.

~.~

No i jest jedynka!
Jak wrażenia? :D

Ten rozdział nie wyszedł dokładnie tak jakbym chciała, ale wydaję mi się, że nie jest tragicznie...

W każdym razie, byłabym wdzięczna za każdą opinię ♡

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Prolog.

To nie był dobry dzień.

Wracałam, ze szkoły, ale w połowie drogi postanowiłam zmienić kierunek i ruszyłam w stronę sklepu muzycznego, w którym pracowałam.

Kiedy weszłam do środka zadzwonił dzwonek oznajmiający nowego gościa.

- Witam, w czym mogę... - Zaczął chłopak siedzący za ladą, ale gdy zobaczył moją twarz przerwał. - Siema Vi! Co tutaj tak wcześnie robisz?

- Chciałam zagrać na jednej z gitar... - Powiedziałam starając się ukryć moje zdołowanie.

- Pewnie. - Uśmiechnął się odgarniając jasną grzywkę z czoła. - Znasz zasady.

Oczywiście, że znałam. Nie nadużywać, nie psuć, nie zamęczać instrumentów i możemy czasem pobrzdąkać.

Przeszłam do części sklepu poświęconej gitarom i moim oczom ukazał się chłopak o niebieskich włosach.

Lecz to nie ten niezwykły kolor zwrócił moją uwagę a jego cudowna gra... Palce chodziły po gryfie jakby go tylko lekko głaskały a ręka dotykająca strun wyglądała jakby nie napotkała żadnego oporu. Lekkość z jaką grał wprawiła mnie w zachwyt. Do tego jego skupienie, jakby znajdował się w innym świecie...

- Gapisz się. - Powiedział po chwili nagle kończąc.

Mówił do mnie.

- Em... - Zająknęłam się. - Wybacz po prostu...

- Podobało ci się. - Dokończył za mnie tonem, który niczego nie sugerował. Nawet na mnie nie patrzył. Jego wzrok skupiony był na instrumencie.

- Co to było, to co grałeś? - Spytałam zmieniając temat.

- Wake me up, when september ends. - Podniósł w końcu na mnie swoje spojrzenie. Jasne oczy wypaliły dziurę w mojej umyśle. Nie wiem kim był ten chłopak, ale miał w sobie coś dziwnego... wyjątkowego. - W trochę innej aranżacji.

- Niezwykłe. - Odparłam.

- Dzięki. - Uśmiechnął się podnosząc się z miejsca. - Chyba ją wezmę. - Powiedział wskazując na instrument.

W tym momencie posmutniałam.

Gitara, którą trzymał w rękach była moim marzeniem. Zbierałam na nią od trzech lat i nawet specjalnie czasem nie pokazywałam jej klientom, lub polecałam inne.

Moje zarobki w sklepie nie były najwyższe, do tego opłaty za moje potrzeby bo nie dostawałam od rodziców pieniędzy na osobiste wydatki, takie jak nowe ciuchy czy kosmetyki i miałam dopiero 3/4 ceny tego cuda.

Ale przecież do przewidzenia było,  że ktoś kto się zna na rzeczy prędzej czy później ją kupi.

- Dobry wybór. - Wykrztusiłam siląc się na uśmiech, który pewnie ledwo wyglądał jak sympatyczny.

"Przynajmniej jest jej godny." Pocieszyłam się.

- Jest zarezerwowana czy coś? - Zaniepokoił się widząc moją minę.

- Nie, jest normalnie na sprzedaż. - Odparłam. - To rzadki egzemplarz, zwłaszcza w takim kolorze. Dobrze, że nikt nie sprzatnął ci jej z przed nosa.

- Wiem, długo szukałem takiej. - Jego uśmiech był szeroki i szczery, w oczach miał blask podobny do mojego gdy grałam na tej gitarze. - Ale jesteś pewna, że nie jest zaklepana? Na przykład przez ciebie?

- Ja tu tylko pracuję. - Odparłam i mimo, że moje serce łamało się na kawałki dodałam: - Bierz ją.

Kiedy zobaczyłam jego uśmiech mimo woli odwzajemniłam go.

- Spotkamy się kiedyś, żeby pograć? - Spytał szykując się do podejścia do kasy. - Pewnie nie raz grałaś na tym cudzie, będzie ci go brakowało. A tak to byś miała okazję znowu go popieścić. - Zaśmiał się cicho.

- Na prawdę? - Zdziwiłam się. Ledwo go znałam.

- Tak, w piątki i niedziele mam próby z zespołem, możesz czasem wpaść. - Uśmiechnął się w moją stronę. - Widać, że znasz się na muzyce. Poza tym, przyda nam się krytyk.

- W takim razie chętnie. - Odparłam ze szczerym uśmiechem.

- Daj mi swój numer to się jeszcze zgadamy. - Tak jak kazał tak zrobiłam i chwilę później zniknął, z moją wymarzoną gitarą na plecach.

~.~

Taki króciutki prolog.
Liczę na szczere opinie i wgl na jakich kolwiek czytających :p